zona blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 9.2004

raczej nie uczestniczę w czymś, co warte jest większej uwagi. przyszły chłody, jest mi zimno, bardzo zimno. znów zapach skórzanego płaszcza wraca jak co rok, od tej zimny, której dostałam go od dziadków i od której byłam z Adrianem, byłam az do pierwszego dnia wiosny.

nic to, czasem czesto patrzę w okno autobusu myśląc i zestawiając ich obydwu obok siebie Cholera! znów to samo, znów na własne rzyczenie skojarzyłam jedno, czy dwa wydarzenia, gesty, słowa i sposóby w jaki patrzył na mnie, po to by na moment odczuć pustkę w głowie i niezrozumiałe, nieco nieprzyjemne uczucie, gdzieś w okolicach serca.

Nabieram chyba coraz większego dystansu. sama nie wiem, wydaję się sobie sama być śmiesznie mała obok tego, jednak wiem że to jedynie uzasadnienie dla mnie, wytłumaczenie, jakby było co tłumaczyc – a jeśli jest – pojawia się myśl czy w ogóle da się to wytłumaczyc, czy jest po co.

Jutro się widzę z Adamem, spędzimy miło popołudnie. poczuję że „dobrze” być z kimś na stałe i nie martwić się o do tej pory przerażające mnie na samą refleksję; bezpowrotnie „stracone szanse” przez „nieuważne poczyniania”, wynikające z braku siły w danym momęcie, braku dojrzałości.
-

uśmiechnęłam się jemu w twarz. i szybko odwórciłam wzrok; wybacz nie mogłam sobie tego odmówić. w końcu będziemy grali razem, ja będę grała zakochaną w Tobie i wzbudza to we mnie jakiś taki bliżej nieokreślony stan rozśmieszenia. i zakłopotania jednoczesnie – czyżbym tak reagowała na stres? pomyślisz sobie ze próbóję zwróćić na siebie Twoją uwagę, wychwytywaną przez pragnienia niejednej, którą mijasz codzien dzień w dzień. będziesz w błędzie, a ja nie będę w stanie Ci tego wyperswadować, a szkoda, bo to oznacza że nie będziemy na czystych relacjach, Ty bedziesz mial swoje wrazenia a ja jedynie nie umialam opanowac checi zrobienia nczegos osobliwego w Twoim kierunku, jak czasami się tak ma, gdy ktos jest nam obcy i wiemy, ze obcy zostanie, mimo nadziei, ze tak jednak to sie nie skonczy. tym większa szkoda, bo wydajesz się być ciekawym człowiekiem, a ja albo bardzo chcę takich ludzi znać. chyba, ze jestes z tego typu, ktorego się poprostu boję.

to tyle.
mam prawo byc siską też i nią jestem.

Brak komentarzy

nad ranem obudziło mnie zimno. dopadło mnie uczucie, że jest jeszcze zbyt wcześnie by wstać. po chwili zasnełam. obudziłam się niecałą godzinę później po to by znowu zacząć dzień, zebrać się w sobie i znów zacząć nosić swoje ustrojstwo po tym świecie. nie jest mi z tym źle – zeby nie było.

śniło mi się natomiast coś dziwnego. byłam z kimś gdzieś, w każdym razie była to postać o płci męskiej. chciałam kupić sobie przed wejściem do autobusu półlitrową wodę gazowaną do picia, majądz na uwadze fakt, iż naturalnie autbus na mnie poczeka. owszem, poczekał, jednakże gdy miałam już wsiadać on zamyka drzwi przedmna i odjeżdza. wykręca na przystanku i prze w moją stronę. jestem przerażona i zaczynam przed nim uciekać – wiem, że znajomy jest w środku i mi pomaga, jednak nieskutecznie. autobus jest coraz bliżej i „uderza” mnie, jestem poturbowana nie raz, biegnę ulicami i nie mogę znaleść schronienia. w końcu jestem w domku na mazurach, gdzie jest cicho i ciemno, widać gwiazdy na niebie. wiem, że on gdzieś tam jest i czeka, ąz wyjdę, by mnie dopaść.

to trochę jak sen o moim starszym bracie. znów ktoś mi pomaga, a wcześniej – znów ten lęk, gonitwa za mna i pobicie.
ucieczka z prowizorycznym schroneniem.
zabawne.

zarzewiem

1 komentarz

wstałam rano usiłując zorientować się gdzie jestem, jak to bywa gdy kładę się spać mając w sobie alkoholu ilość jakąś. było wzgędnie późno, postanowiłam że będę dla siebie dobra i przelerzałam kolejne parę minut, po to by dać sobie czas. czas biegnie biegnie;
poszłam umyć twarz. stoję przed lustrem i słyszę, że ojciec wyraża chęć dostania się do wnętrza toalety, więc odbolowuję drzwi i go wpuszczam. przyjemnie zaczęty dzień kilkoma bonudsowymi minutami snu zakończył się w momęcie wypowiedzenia pytania w lekko zirytowanym tonie głosu mojego ojca; co, żyganko z samego rana?
byłam w ciężkim szoku. zachowałam się niestandartowo, jak to ja mająca coś do ukrycia – wielkie wkurwienie. wiesz chuju, że jestem tu kilka razy dziennie.

dzisiaj zaczął wielką rozmowę o tym, jak to mało bywam w domu i jakże nie uczestniczę w pracach domowych. fakt, ma rację. mało ostatnio tu jestem i doskonale wiem dlaczego tak się dzieje. przepraszam, że wolę egzystować na obczyźnie niż raczyć się widokiem i zapachem i dzwiękiem rzeczywitości, jaka panuje w moim domu wobec szalństwa cierpienia mojej matki, niewiadomej ojca i generalnie nerwicy jaka tu panuje, a do której ognia ja dolewam oliwy. nie jestem bez winy. to, co robiłam i robie dla domu nie widać, wiem to i nie mam pretensji. robi mi się przykro na myśl, jak bardzo spalałam się – na własne zyczenie coprawda – poświęcając uwagę matce, jej przedewszystkim, przedewszystkim ludziom w domu. niedługo to trwało, instynkt woli przetrwania wziął górę. możliwe, że się zafiksowałam i pochłania mnie egoizm. możliwe.

wywalanie mi jest bezcelowe. jak jestem tu to robię tu, co należy do mnie – mam usterki w naprawianiu świata ale każdy je ma. filozofia jest słabą, bo to żadne wytłumaczenie. ale nie różnię się specjalnie od swoich rówieśników domowych, z tą róźnicą że oni są zdrowi i przynajmniej jedzą bez oporów. i nie żygają bez pojęcia.
jestem charakterystyczna w domu. dla mojej matki niczym zarzewie zła – jak nieżywa ciotka „zawsze dam sobie rade” – jestem silna, inteligentna, egoistyczna. Matka gdy wypije więcej niż mniej oczywiście powie mi,że wie iż tak wcale nie jest. Ojciec zamienia się w bezradnwego rodziciela, który złąkniony jest kontaktów z córką, wie że nabróździł, ale czasami go taki szlag bierze, iż zapomina, że wieczorem i tak będzie dobrym człowiekiem. a ja i tak przychodze do niego tylko po pieniądze, więc dlaczego mialoby mnie interesować to, czy on je w nocy po alkoholu i jak to się ma do jego cukrzycy.

nie, nie jestem złym człowiekiem. mam swoje wady, każdy je ma. mam paskudną cechę, robię fiszerki. coś nie dociągam, i to, że zrobiłam dużo, traci na znaczeniu.

can we work it out, kasiu?

nie, nie teraz. teraz będę zbierać siły i koncentrować się na świecie, nie na sobie i nie na mieszkaniu (jak hotel, tato?) i nie na rodzinie.

nie ma mnie tu. nie-ma.

dzień za dniem umyka, dawno nie było mnie tu. ostatnie trzy wieczory z rzędu spędzałam w gronie większym lub mniejszym, każdy z nich przyświęcony był skakaniem ku górze w rytm muzyki, najpierw były morskie przyśpiewki (wy to byście nawet przy kolędzie pojechali nie? – tak i dlatego nie myślałam o tym, że człowiek imieniem Tomek może czuć odczuwać jest człowiekiem). następnego dnia uroczo spędziłam dzień w szkole wsród kolejnej warstwy społeczeństwa, kolga jeden mnie zabijał mało skutecznie a inny patrzył mi w oczy – solarisie któryś jest i zagadką wabisz myśli ku sobie, mogłabym Ci powiedzieć że umiesz to, acz jednak nie umiejętnie wykorzystujesz samą umiejętność: bywa i tak. każdy inny gest innego człowieka, który mówi mi nieświadomie o tym, że jestem wartą istotą tego.

wróciłam do domu. widziałam znowuna swoje oczy swoją matkę. mówiłam sobie że nie boli mnie jej widok, była w ciągu, jej twarz postarzała się o 10 lat, głos był zmęczony i rozgoryczony, gesty małego dziecka, które dopiero uczy się stawiać kroki w nowej rzeczywistości.

nie sądziłam, że tak to się odbija na moim systemie pokarmowym. ja fizikobio czyli nie mam apetytu i boli mnie wnetrze. w pubie wyglądająca jak pięć zmaltretowanych dup nie zagrzałąm długo miejsca z Adamem. znów impreza dla mojej matki która była dzisiaj bardziej trzeźwa; tak więc znów jadę do Adama tj do kolezanki ze starej miłosnej na 18, a ze jutro mam wykłada na 8-mym festiwali nauki, tak i będę popołudniu dopiero.

wieczór przebiegał raczej spokojnie. byłam z Adamem gdy tego potrzebował, tak, jak on był ze mną, gdy potrzebowałam tego ja dnia następnego. coraz bardziej mu ufam, przywykłam do niego, wręcz się przywiązałam.

jeszcze tylko absynt 70% u Pajaka wczoraj.

jedno słowo; Kasiu nie poznaję Cię

mam te 5-8kg więcej, to mnie faktycznie ciężko poznać. wyglądam normalnie i nawet w miare normalnie się zachowuję.

niepierwszy

Brak komentarzy

z trudem usiadłam po raz niepierwszy dziś wieczór, do należytych lekcji, moje rozemocjonowanie sprawia mi trudnosci, niepierwszy raz dzisiaj. niepierwszy ostatnio. moja matka nie przypomina mi mojej matki. tylko ona i siostra sa w domu. chciałam się oddać drobnym przyjemnościom dnia codziennego i pomyśleć o tym, w czym przyjdę jutro do szkoły. po niej widzę się z Adamem a później wykład. może On będzie tam? zrazu przyszła mi do głowy refleksja, jak ubrana byłam na sylwestra? wtedy? dawno? obrazy znów nadbiegły mi na oczy, poczułam szybsze bicie serca, miałam na sobie jego marynarke, miałam przed sobą otwarty świat i wiele możliwości, zero planów i lekko rozgoryczony, wydawać by się mogło „znające się na rzeczy” umysł. miałam na sobie jego wzrok. miałam na sobie jego ciekawość. miałam na sobie.

-

nie umiem. nie rozumiem. Adam mi wystarczy, nie chcę więcej. a jednak Adrian wraca. bynajmniej nie platonicznie. cóż mogłam zrobić? skuliłam się i podniosłąm wzrok znad książek, przeniosłam myśli tutaj. co robię? czekam na niego idąc ulicami Warszawy, które przemierzam często. Adam jest oparciem. jest namiętnością, dziecięcą, taką jaką powinnam zaznać wtedy, a której nie zaznałam więc robię to teraz.

jestem przytłumiona, dom wraca na dawne tory. jestem jeszcze młoda i to naturalne, że środowisko domowe jest dla mnie czymś istotnym. ale powinnam przestać myśleć zajmować się wnikać ingerować.

nie jest mi źle. sama nie wiem.

brak mi problemów i wyszukuję sobie sztucznych – tak, to dobra teoria którą chyba właśnie po raz niepierwszy doklejam do swojego całokształtu paszy powszedniej, którą się (niestety?) żywię.

i co?
i nic. poprostu napisałam.

kukU

Brak komentarzy

zawsze lubilam dzwiek tluczonego szkla.

cos otworzyc.

go sleep go to heaven

welcome

Brak komentarzy

moj brat cos otwiera, a matka cos mowi, tak ze slowa sie pojawiaja na arkuszu.

jestem tu, przed chwila jeszcze lezalam w cieple luzka. slysze ich, wiem, ze sobie nie radze. chcialam jakos otumanic otaczajaca aure w moim domu, wiec puiscilam muzyke. Singur Ros. od niego. ale to nie pomoglo. jest pozno. dla mnie jest pozno. dopadaja mnie na nowo pijane glosy i krzyki matki, walenie w stol, jestem gowno boze ona ma taka sile zeby gadac i gadac, artur szuka zrozumienia w moich spojrzeniach, rzenujace, ojciec cos probuje powiedziec. nic nie wnosi. wylal wino. wylal? pijanstwo kobiety jestm czyms paskudnym. pierdol sie. stoicki, blagalny zapijaczony glos ojca. zalosny, zdezorientowany ale udajacy, ze jest jedynie mocno zirytowany (wkurwiony) glos brata. moja siostra chyba spi. powiedzialam jej ze nie ma najmniejszego sensu zeby sie martwila, bo mama przeciez jutro wsyatnie i nic nie bedzie pamietac. ojciec tez; juz nie ma umyslu pamietaacego alkoholi.

cala sie trzese. nie moge spac. boli mnie wnetrze. czuje wielki wezel, ktory mnie oplata, moje tuowie. ktore mnie blokuje.

nie takie rzeczy znosilam.

a jednak. wydawalo mi sie, ze mam w sobie sile. a jednak.

a jednak.

mysle o Adamie. jak dobrze mi bylo u niego w domu, w jego poscieli, przy nim.

zalujace. nic sie nie dzieje,

przeciez?

usiadlam przy komputerze. tradycyjnie w winampie gra Hey, raczej starsze niż nowe, wokół mnie pełno zdjęć Artura z angli, woda już zagotowała się na herbatę.

herbata już stoi. wokół mnie.

wyszłam z domu po to, by dojść do swojej szkoły, wyszłam z niej, by znaleźć się w ośrodku terapeutycznym, czekałam na godzinę swojej wizyty na zewnątrz, przy przyjemnej swoim lekkim wydlądem rogu chmielnej w centrum warszawy. czekałam bo wolę tu niż tam, na nieprzyjemnym fotelu pseudo poczekalni. wyglądałam jak ktoś, któraś, która oczekuje na kogoś. gdziekolwiek nie jestem napływają mi obrazy; że spotykam Cię tutaj, jak idę pewnym krokiem w wyważonym tonie, który lubiłeś, z poważnym wyrazem twarzy, z brwiami lekko zbiegającymi się ku sobie, jakbym była skupiona lub bliska gniewu, a ja jadynie spieszę się dokądś, bo mam jakieś ważniejsze sprawy od Ciebie. coś do załatwienia. przywitałabym się z klasą jak przystało na starą znajomą. uśmiechnęłabym się ujmująco, dająć świadectwo że miło Cię widzieć, po takim czasie! ale wybacz mi, muszę iść, zrobić, pomyśleć o czymś, zająć się czymś. może zdąrzyłbyś zapytać co u mnie, czy dzwoniłam tam, gdzie gałeś mi telefon, by mnie uleczono, a ja powiedziałabym Ci, że mam się świetnie, życie płynie dalej, że generalnie mam dużo pracy i w wogóle jest ok.

mam ochotę napisać Ci w krótkim liście, żebyś dał mi w końcu zapomnieć o sobie. niech będzie to nawet sms; jednak żałość tego pomysłu z miejsca go eliminuje i dławi w zarodku. w zarodku, który na tyle sprawnie się rozwija, iż po chwili spłodził nową wizualizację świata, że wtedy Ty byś napisał w nieco dłuższym liście, o tym, jak też myślałeś o mnie ostatnio, i żebyśmy zaczeli znowu. że wtedy nie był dobry czas na związek, że czas nas zmienia i że teraz się uda. („To się nie uda”).

moja naiwność rewolucyjna, bo nie rozsądkowa, przeraża mnie.

nie chodzi o to, że ja mam nadzieję; chodzi o samą myśl, która dopada i sprawia, że wręcz wstydze się za sam fakt, ze się pojawiła.

Jestem z Adamem. im więcej jego dla mnie, im ja chcę jego więcej, tym mocniej pragnę spotkać Adriana. „ma w sobie coś z Adriana. widać w nim dziecko”.

Dobranoc Kasiu. „Trzymaj się Kasiu”.

czekam na nią. tak, to muszę przyznać, kiedyś nie chciałam jej wcale, dodatkowego śmiesznego problemu, kłopotliwej wilgoci, niechcianej bordowej czerwieni na wewnętrznej stronie bielizny.

wydała mi się być złym omenem, wydawała mi się być ostatecznością, którą mogę wyeliminować, ważąc poprostu mniej. ale dziś chciałabym żeby przyszła. żeby objawiła się, jak biologia przykazała, po 25-30 dniach od poprzedniego razu. w moim przypadku od pierwszego razu samodzielnej kobiecości od tak długiego czasu.

dzień 29. boli mnie, kilka razy dziennie, od czasu do czasu odzywa się kobieta, głeboko. jedynie to. nic więcej.

miałam wahania wagi, ale niewielkie. nie rób mi tego i ujawij się, pokaż swoje oblicze, pokaż że Ty jesteś więc ja jestem zdrowa.

braciszek

Brak komentarzy

wrocil do domu. wrocilam ze szkoly i chwile stalam jeszcze w drzwiach, zastanawiajac sie i nasluchujac sie, czy jest juz w domu. czy tesknilam? trzy miesiace to w zasadzie sporo. byl uśmiechnięty, schódl, pewnie stracił kondycję bo jego łydki są nieszersze niż moje, twarz ma zapadniętą.

ale jest uśmiechnięty; przynajmniej udaje. coś go gryzie, chwali się przywiezionymi akcesoriami i wrecza mi prezent, pyta o Adama, droczy się, gra w otwarte karty, jakby był obcy a chciałby być bliski.

matka mówi coś do siebie.
nie zachowuje pozorów, ze członek rodziny wrócił do domu więc nalezałoby zrobić coś w rodzaju „dnia spokoju”.

też się uśmiecham.

widzę jego przerażone oczy. udziela mi się jego lęk przez wyszczerzone zęby. witaj w domu. nie tak chciałam go przywitać, zapytałam co go gryzie żartem; zmieszał się. nie mam halucyjnacji. nie mylę się co do artura, praktycznie nigdy.

udziela mi się jego lęk. niezrozumiały? życie jest ciężkie. rodzina z daleka wydaje się być czymś, do czego się dąży, do czego się ma wrócić. sprawia pozory, że ma się dokąd wracać. jednak gdy już się jest tu i z nimi, dosięga człowieka ogrom zawodu, przytłaczający lęk przed rzeczywistością.

chciałabym za coś przeprosić Artura. ale wiem, że minie troche czasu i nauczy się, że w domu jest stado ludzi, których zmuszony jest nazywać rodziną. od których wieje chłodem i pozorami, które zresztą sama stwarzam.

Poradzi sobie, ja zresztą też.


  • RSS