zona blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 12.2004

tak, bo kazde najmniejsze niepowodzenie konczy sie moim autospuszczeniem. krzyk zostal pokwitowany slowem zaprzeczenia tego, co chcialabym i juz wiedzialam, ze jak oni wyjdą z domu, bezemnie, bezemnie za kare, ja sobie to wynagrodze za drzwiami łazienki.

nie dobrze.

nie, nie właswicie.

nie wiem. boli mnie moja rodzina, jej niepoprawnosc. matka jest olewana przez wszystkich kiedy chciażby mojemu ojcu jest wygodnie, kiedy ma możliwosc odegrania sie, robi to. nie umiem. mam rozpaczliwą potrzebę złapać się czegoś, dotknąć jakiegoś stałego gruntu, chce opierzeć się o skalę, bo brak mi sil, a zamiast skaly wkladam reke do blota, grząskie śmierdzące gówno, ktore o chryste, mi tą rękę zasysa. ciezko mi ja wyłowić, odessać – nie umiem o boze, bo brak mi sily
-

nie wiem co z sylwestrem. tak, ma to dla mnie znaczenie, albowiem kazda rozmowa jest dla mnie na wage zlota.

jak wczorajsza z Michalem.
jak kazda inna

bywa

Brak komentarzy

dzień mi się rozpada w rękach. przykazanie o nauce też. byłam na zakupach, później nie zrobiłam znowu nic. byłam tu, byłam tam, miałam się umuwić ale nie zrobiłam tego.

po świętach jakoś się trzymam. dalej nie wiem co zrobie. rozmawiałam wczoraj z Michałem. miał ładny opis, opis swojego bytowania dla znajomych, o przebudzeniu o 4rtej nad ranem i włosach, które chciałby poukładać. ukłuła mnie zazdrość, że chodzi o jego marzenia, o kobiete w jego marzeniach, którą raczej nie bede ja, pozory się zmieniją, i on też się zmienił. ale on jest daleko i chwała mu;

może czuję jakiś zal, ale tylko do siebie.

bo miałam życ bez niego.

rozmawiałam z nim bardzo krótko. w końcu zapytałam go, skąd bierze siłe. powiedział mi o swoich marzeniach i o pracy która zrobił, „kawał dużej roboty” by być kim jest. coż, to nic nowego. niestety, wiem co to znaczy. wszyscy o tym mówią, postrzegają to jako cześć bycia z kimś i modyfikowania siebie, cześć przejęcia siły z osoby którą się kocha, zyskuje się siły i kwitnie się dla siebie, oraz dla niej. albo pracuje się nad sobą samym w samotność w oczekiwaniu, w nadziei na przyjście, w smakowaniu siebie i świata zanim ukochana osoba się pojawi. efekt jest mniejwiecej ten sam. rzeczywistości sie zmienić nie da. tylko mam o niej ciągle sprzeczne informacje. jest to dość kłopotliwe, drażni mnie to. totalnie skrajne sposoby przy jednej mojej sytuacji, z kilku równiecennych żródeł. bo może zanim będzie czynienie sobie na swoje upodobanie, trzeba zrobić czystość pod sobą. nie budować wierzy babel na bagiennych gruntach. Czy Michalowi sie udalo?

staram się coraz bardziej klarownie przedstawić to, przed czym stoję. stoję i nie wiem, jak iść dalej, bo możliwości jest dużo.

Słowa Michała o pracy nad sobą zabrzmiały zupełnie innaczej, niż robi to ojciec czy niż mówią o tym ludzie, którzy dla mojego dobra proszą i życzą mi siły i szcześcia i powodzenia w formowaniu swojego stosunku do świata.
Rozmydlam się jak moja matka.
Czy słowa Michała coś mi daly? dały mi do myślenia. jesteśmy bardzo podobni do siebie, on może ma burdel w nieco innej płaszczyźnie niż ja mam okazję takowy posiadać (ale przeciez odpowiedzialnośc za matke przyjełam ja sama) może nie ma anoreksji (ale przecież chorobe na siebie przyjełam ja sama) i udało mu się. może i mi się uda.
jedno jego słowo i odrobina energi.

już wróciłam, do domu. dwa kontrolne wdechy życia, jest po świetach (święta jeszcze trwają). wigilię spędziliśmy w domu, po niekończących się konfliktach, była to późna kolacja. rodzice szybko zakończyli imprezę. spotkałam się z Al, dałyśmy sobie prezenty i wypiwszy po jednym na rozgrzanie z Arturem, poszłyśmy na pasterkę. ksiądz był w średnim wieku a jego kazanie było długie, i mądre. natłok złotych myśli jednak mocno mnie zmęczył. punkt 1 w nocy uznalam z Al ze chyba czas iść już, dobranoc. przwracałam w palcach jednej dłoni słowa kleryka, po to by mi upadły na ziemię i w pośpiechu zostawiła je tam, gdzie leżą, dobranoc.
rozegrałam ojca mego następnego dnia tak, jak chciałąm, chciałam się bowiem założyc z nim, ze nie wyjedziemy puntkualnie, jak zaplanował, jak myślał, że może zaplanować, bo jest dorosły i jest „głową rodziny”. przesunął o półgodziny, rozpraszając się w rozpościerającego się wokół proszku jego osoby wobec nas wszystkich. i ja wtedy byłam zniesmaczona, nie było mi to na rękę. chciałam być przed 18 na miejscu, żeby w miare wcześnie zjeść kolacje u dziadków. późniejszej kolacji jeść nie chciałam, siostra anoreksja byłaby zdegustowana. trzeba było coś zrobić, powiedziałam więc, że po tym przesunięciu będzie to samo. przystaną rezolutnie więc czas o pełną godzine, to samo, na co rzekłam, że to nic nie zmieni, bo i tak będzie tak samo. wkurzył się, ojej, wzięcie na ambicje owocowało ciekawym rezultatem, jego nerwy, jego świat, a rezultat jest taki, że wyjechaliśmy tylko o 15 minut później.
w drodze powrotnej do Warszawy była debata, zakrawająca o dużo róźnych sytuacji. sytuacji które miały pełnić funkcję pomocnika, by zobrazować należycie mój egoizm. takie nieporozumienie, takie ciche nieporozumienie, niezamierzone, tato, w momencie, gdy moje motywacje były uwarunkowane nieco inaczej, niż widział to mój ojciec, chciałam to jak zwykle wyjaśnić, jak już klamię to smiało, niech mi wyrzuca i wytyka, ale nie kiedy jestem czysta jak łza, bo to już pozbawione jest sensu. ale on już nie chciał ze mną rozmawiać, kryjąc się ojcowskim prawem do nie odpowiadania na sygestie (wypowiedzenia posłuszności) i zakończenia rozmowy (zerwania kontraktu). wyglądało to tak, jakbym ja chciała utłuc swoje, jestem egoistką i chcę to wyjaśnić, mam takie abstrakcyjne widzimisie. dałam za wygraną, ale cóż to, hola, później chciał mnie ukarać i, o, sam zachował się egoistycznie, prowokacyjne, cos chcąc mi pokazać, ale ja nie rozumiałam i znów chciałam wyjaśnić. później rozmowa toczyła się wokół mnie i moich spraw w samochodzie do końca podróży, już nie było „wróć”, po prostu forum, po prostu rozbierajcie mnie, bo jestem taka dziwka do rozbierania, żeby można było zarzyć, pobawić się, popatrzeć, dostać orgazmu na odległość, jak już nie ma innych rozrywek pod ręką.

o mnie o witkowskiej o tym jak ja mowie matce ze jest matką a ola mowi matce zeby poszła spać. Artur cicho się przyglądał i dopytywał się, i ojciec mu objaśniał rozmowę z psychiatrami, którą odbył ostatniego dnia podczas mojego wypisu z zagórza, ta rozmowa taka istotna, ktoś usiłował mu coś wyjaśnic, rozmowa jak kamień zapadła w pamięci i wyciągana jest przy nadarzającej się okazji wygodnej, poprawiając nastrój i samopoczucie. cały czas czułam wielki węzeł, który nie doskierwał mi bardzo, jedynie był i czułam, jak jest mi nie dobrze i jak chce wyrzygać i nie jeść już nigdy więcej, nic wielkiego, taki standart. matka wiła się w upojeniu alkoholowym na przednim siedzeniu samochodu i potrząsała głową, w nieznany mi takt, wprawiając w tym samym w ruch całe ciało. czasami coś krzyczała, chcąc zająć należyte stanowisko w dyskusji. z lewej strony siostra czasami mówiła imie Pana Boga swego nadaremnie i Jezusa też, wykazując zmęczenie i zirytowanie tą jakże osobliwą sytuacją. artur się przysłuchiwał i, jak domniemam, by odczytać to w miare pozytywnie dla siebie, poprostu nie wiedział jak do tego podejść, uśmiechał się. siedziałam na środku tylniego siedzenia i mocno kontemplowałam to, co słyszałam. ojciec próbował mi pokazać, jak to jest, że kazdy jest egoistą ale trzeba znać miarę. i że moje zachowania wykazują, że ewidentnie działam egoistycznie. chcę to wyjaśnić, i że to dość naturalne ze ludzie nie lubią jak pokazuje się ich z w złym świetle poczas gdy nie jest to włąściwe interpteracja tego co robią.
faktem jest ze wg niego ja ciągle gram na skrzypcach, hah, no tak, wczoraj zagrałam perfect, myślę sobie, ale przecież nie tym razem, nie teraz, nie dzisiaj. nie dzisiaj, a jednak zawsze robię co chcę, kieruję ludzmi i manipuluję do swojej wygody. zastanawiam się coraz częsciej czy nie mają racji. mama powiedziała o tym jak nie mam prawa mówić jej ze jest matką i ze powinna zająć stanowisko, bo ola jest już duża a ja jestem prawie dorosła i powinnyśmy wiedzieć same, że ona ma własne życze i może robić co chce.

-no własnie nie dokońca, powiedziałam, i tutaj zapadła cisza, jakby to było coś dziwnego, że nastolatka której odbija oprucz pieniędzy i odpowiedzi na pytanie i uleganie jej manipulacjom,oczekuje od rodziców pomocy, jakiegoś wpsarcia duchowego, bo tego chyba od nich oczekuję. od niej. w ojcu mam przywódcę z serii mądrości życiowych strategiczno-finansowych, finansowo-psychologicznych, podczas gdy mi się chce tylko żygać i przestać istnieć, bo czuję bezsilność wobec swojego ciała, sojej duszy o reszcie świata nie mówiąc.
dziwne. a jednak? nie próbuje nawet przyjać pod rozważanie, a przynajmniej wtedy, czy takie moje zachowanie nie są poprostu interpretowane po najmniejszej lini oporu, po to, by ładnie wyglądało jako prowokacyjne i tak złe, jak zła jestem ja i jak egoistyczna i niepoprawna (suka).

moja siotra ma w sobie, jak określił to moj ojciec, wewnętrzny spokój. mój brat ma dużo energii, wychodzi, obcuje wśród ludzi i jakoś funkcjonuje, nie biorąc pod uwagę zdarzających się raz na jakiś czas wypadków przy pracy. a ja co, a ja to takie gówno które mieszka z nimi, mówi że nie ma siły, ale to tak dlatego, że nie chce jej się w sobie samej jej znaleść, że zwalać odpowiedzialnośc na kogoś jest dużo prostrze. ma racje, jest to egoizm. zamiast spokoju i sily w sobie ja mam totalne rozdarcie, totalna rozpierduche, totalne gowno. prubuje wymyslec codziennie nowy monopol na zycie, nie przychodzi mi juz nic do glowy. szukac sily gdzie popadnie. w domu nie moge nawet szukac, mówi mi moje sucze silne odbicie mojej osoby, bowiem oni maja prawo do własnego życia. nie pomagają rozmowy o tym, że nie mam siły, on może miec pretensje, że chodzę regularnie do kibla i żygam, i czy nie uważam że jest to szkodliwe.

nie wiem, próbowałam szukać odpowiedzi w sobie, w rozmowach z rodzicami, w rozmowach w pepku i z witkowską, w rozmowach z Al, z ludzmi, w telewizji i gazetach, w artukułach popularno-naukowo-psychologicznych. nigdzie nikt nie mówi o zwalczaniu bezsilności. może to nie bezsilnosc, a własnie mój egoizm, mój nieuświadomiony monopol na życie, który jest tak paradoksalnie wygodny, że mimo, iż na zdrowy rozsądek próbuję się wyzbyć, to jednak moja podświadoma myśl się tego kurczowo trzyma?

Daniel powiedzial mi o opisie historii, ktora opisuja rozni ludzie na przelomie dziejow, by wyniesc jaknajwiekszy obiektywizm. moja sytuacja zajmuja sie tez rozni ludzie, ale wnioski sa skrajnie rozne. nie wiem komu wierzyc, nie umiem znalesc wspolnego, złotego srodka, nie umiem zdobyć się na swój własny punkt odniesienia.

napewno postanawiłam, ze bede uwazala na swoj egoizm. nie rezygnowala z siebie dla nich, ale bede uwazala na slowa i na gesty.

ojciec wyjechal w podroz. jak wroci w srode, powiem im co mam do powiedzenia.

moja odwieczna zmoro, mowi mi ojciec prawie po imieniu, półżartem półserio dzielac sie ze mna oplatkiem.

wpakowalam w siebie szklanke soku z kwasnej kapusty na przeczyszczenie i cztery tabletki.
te swieta byly wyjatkowo „miesne”.
nie chce miesa w sobie.

cala czekolada poszla. daleko.

oczekuje na zmiany.

w zasadzie nic wielkiego się nie wydarza, nie ma rewolucji, nie ma zamachu stanu. za dnia jest normalnia, za dnia to ja jestem niepoprawna, za dnia tylko mnie slychac bo wieczorem nikt nic nie pamieta, tylko moje oczy.

teraz mowi moja matka, teraz moja siotra oczekuje zeby przestala mowic. slysze, jak wytrzuca mi jakies drobnosci, rozne rzeczy, ktore chcialam wyprostowac, ale nie robilam tego dobrze nie licza sie checi. Boli mnie jej glos, moze przesadzam. boli mnie to, jak mowi bez sensu, jak ma dziury w mózgu. boże, i ja nic z tym nie robie, oprucz tego ze nie jem i się wściekam. i krzycze chcąc coś naprawić, a daje jeszcze większe bagno. dlaczego tutaj wszystko jest takie nienormalne? zadaje głupie pytanie, ale nie dostaję nawet głupiej odpowiedzi.

idą święta. to już druga wzmianka o nich.

chce mi się siąść i płakać, nie chce mi się wziaść w garść. ona powiedziałaby „pieprze”. gdy się pieprzy, potrawa nabiera smaku. ja nie pieprzę, nie mam na to ochoty.

idą święta. Kolega z klasy powiedział, bym przeżyła swoje betlejem. cóż. narodzić się na nowo a może pozostać w roli owieczki. bez przydziału oprócz obserwatora.

z ciągłego zdołowania przeszłam na stadium huśtawki. wraca mi czasem apetyt. niedobrze, poprawia mi sie, a może ciało wyraża protest. kurwa, pierdol się!

-
nie, tak nie można. wszyscy mi mówią, bym zdała o siebie. nie wiem, czy oczekuję od ludzi z którymi mieszkam, niemożliwego. siedzą tam, pijani, czasem matka podnosi głos. niestabilnie się czuję. czy jest we mnie lęk? czy kiedykolwiek był? ostatnio jak leżałam w nocy w łużku przypomniało mi się, jak to było gdy byłam małym jeszcze dzieckiem. chodziłam do przedszkola a potem do podstawówki. jak często był we mnie lęk. co znaczy nie odczuwać lęku? nie wyobrażałam sobie tego i bałam się bać. czułam się bardzo źle. powiedziałam kiedyś mamie, że boje się. zapytała czego – nie wiem. nigdy ze mną nigdzie nie poszła. potem się zakochałam, potem wpadłam w anreksję a potem, a potem słyszę kurwy szydzone przez zęby matki w przeddzień świat.

uczucie

Brak komentarzy

ostatnio duzo mysle o „dobrych” rzeczach. o tym jak coraz czesciej chcialabym czystego uczucia. i jak daleko mi do niego, bo ani nie mam ochoty, ani siły. pojęcie braku siły jest bardzo powszechne.

ostatnio dużo biegam, przy każdej nadarzającej się okazji. jestem w dobrej formie. dziwne, bo pod koniec dnia mam wrazenie, jakbym odmówiła sobie posłuszństwa. co chwila mam wrażenie, że ktoś się buntuje. a przedewszystkim ja sama nie chce żyć prościej, komplikuje sobie życie by mieć wytłumaczenie. dla siebie. to nie jest właściwe. ale na jakąkolwiek poprawe oczywiście nie ma siły. rozgrywam to cały czs na etapie rodziny, bagienka. oni zyja jakims innym trybem. zadne argumenty nie sa przyjmowane. taka sciana. najgorzej znosze to ja i matka. matka nie wie i zle zyje a ja wiem i zle zyje mimo wszystko.

jeszcze nie mowie; wesolych świat.

nie?

Brak komentarzy

nie?! a sprubuj nie pujsc i nie wyslac tych kartek, tak odbekniesz ze Twoje siniejace paluszki to nic!

zostaw mnie. zostaw mnie. zostaw mnie
-dlaczego mam Cie zostawic?
-bo nie chce
-ooo wiesz ilu rzeczy ja chce? Ciebie nie ochodzi Co ja chce wiec mnie nie obchodzi co ty chcesz!
zostaw mnie. zostaw mnie. zostaw mnie bo mam juz dosc.

-chcialabym, zebys wiedzial, ze najwieksza cene za to wszystko ja zaplacilam, i bede placic do konca zycia.
-nie zrozumialem. mozesz powtorzyc?
-chcialam Ci powiedziec, ze najwieksza cene ja zaplacilam. taka jest prawda. (nie przeczy) i bede ja placic do konca zycia.
-dlaczego tak musi byc?
-bo nie mam wyboru

-nie obchodzi Cie to!

powiedzial, ze boli go i widzi co sie ze mna dzieje.

nie rozumiesz. ja mowie do Ciebie a Ty nie chcesz sluchac nie rozumiesz dlatego i nie chcesz posluchac, uwazasz ze nie mam racji bo jestem dzieckiem a Wy jestescie rodzicem.

To bardzo zle ze mimo iz wie ze niewlasciwie robi, robi to dalej.

nie no pojde z tymi kartkami, przeciez dostalam rozkaz, a nawet gdybym nie poszla to to ze odbekne malo mnie rusza bo chyba odbeknac juz bardziej sie nie da.

beznadziejny krzyk jakiejs rozhisteryzowanej nastolatki.

waze 54,2

ah!
-

prubuje mowic ale gdy nie jestem sluchana, krzycze. kiedy krzycze, nikt tym bardziej nikt nie chce sluchac. matka nie chce sluchac. nikt nikogo nie slucha. nikt nikogo nie slucha.

-

hob

Brak komentarzy

…niech to szlag, dlatego, ze pokazalam mu, ze mam go gdzies. przyszedl i tylko zapytal mnie, czy sobie z niego kpie. zaraz po tem zamknal sie w pokoju i poszedl spac. myslalam, ze przyjdzie podchmielony.

wyprowadzilismy go z rownowagi albo to on sam siebie wyprowadzil z rownowagi. oni mnie wykonczaja albo to ja wykanczam sie sama. nie dosłysz mnie i wykonawszy atak. pozniej negatywna energia przenosila sie dalej i dawala wyraz niepoprawnym wnioskom. nie dobrze, zly objaw, powiedzialam mu bez powodu z powodem, przykre, (nie pijemy dzisiaj, wyzywamy sie dzisiaj) gdy juz kazal mi wyjsc i chcial byc ojcem o stalowych nerwach i drewnianych dloniach. po co to wszystko? jak dobrze, ze nie zjadlam dzisiaj kolacji, powiedzialam, mialabym teraz klopot, powiedzialam.

mam wrazenie, ze coraz gorzej „nas” znosi.

jest mi go zal, ale nie jest mi przykro z jego powodu.

corka, ta starsza. juz dorosla.

chcialby dobrze. coz.

powinnam podniesc oczy, wybaczyc, zyc dalej. podnioslam oczy, zyje dalej. jako -tako. tyle o ile nie trafia mnie szlag, tyle o ile mam w sobie reszte sily.

co u mnie? u mnie, bylam dzisiaj na wigilii w pepku. coz, nie bylam fit ale bawilam sie wzglednie dobrze.

„zebys znalazla sile w pracy nad soba”

„wielki wojownik swiatla nie oszukuje nigdy”

zasady

Brak komentarzy

w zasadzie nie wiem, co się ze mną dzieje. moja fizjologia coś czyni poza moją świadomością, dziwnie się z tym czuję.

-
rozmawiałam dużo z Michałem ostatnio. wiele mu powiedziałam. nie wiem, czy zrozumiał to tak, jak chciałabym, raczej wątpie. niech będzie, że dla niego…

niech to szlag. ojciec wrocil, a ja przy komputerze.

witaj

Brak komentarzy

w nocy przyszedl do mnie i mnie obudzil. chowam przed nim chleb, bo wiem, ze jak wypije nie panuje nad łaknieniem, a ma cukrzyce. przyszedl do mnie i pytal, gdzie schowalam wino. schowalam chleb to schowalam i wino. nie wiem, gdzie jest wino. nie wiem. poszedl.
-
rano jak sie obudzilam z trudnem moglam poznac, ktora jest godzina, czy nadal srodek nocy, czy juz rano. bylo jednak rano. nie bylo bardzo wczesnie, bylo normalnie. normalna pora po to, by wstac.
dalam sobie niezly wycisk. danwo nie cwiczylam, nie uderzalam w powietrze swoja energia. mialam oba wielkie wezly. bylam niespokojna. czulam glod, czulam, ze jest mi slabo. co za ulga, jak dobrze. balam sie zjesc. wiedzialam, ze musze.
-
bombarduja mnie mysli. wspomnienai z wczorajszego wieczora. duzo powiedzialam ojcu. nie wiem, co z tego pamieta. matka pewnie nic.
boje sie zjesc. wole ciepla herbate.
boje sie, ze wroci to samo, co wtedy, spazmatyk wydzielający przez mojego ciało. boje sie jak martka zaczyna mowic. boje sie, jak matka zaczyna plakac, plakac sfermentowanym alkoholem. boje sie, jak widze szalenstwo. boje sie, nie panuja nad soba. boje sie. poprostu sie boje.
-

wnioski, ktore naplywaja do mojej glowy zanim cos zrobie, nie maja nic racjonalnego. racjonalnosc przychodzi potem. za pozno na przeprosiny. zanim uderze, nie pomysle. afekt. mowie im, ze nie mam sily, ze nad tym nie panuje. ze nie mam sily – co to znaczy? ojciec mowi mi piąty raz, że musze być silna, i że zawsze byłam silnym dzieckiem. nie wiem kto ma racje. wiem, że po psychiatryku miałam siłę. miałam dystans. „przy Twojej inteligencji i sile mogłabyś góry przenosić” – tak się czułam, jak wróciłam z zagórza. miałam pełne płuca powietrza. teraz mam w nich sadzę. ludzie, którzy mają problem z sobą i są wrażliwi przychodzą do mnie bo wiedzą, że ich nie odtrące, bo mam w sobie tyle pokory. jeżeli nie, żadko kiedy ja decyduje do kogo podejść. „jestem wrażliwym dzieckiem, zawsze taka byłam” – on nie chce tego wiedziec. co to znaczy być przewrażliwionym? ludzie oczekują, ludzie są straszki i świat jest straszny i oczekuje od Ciebie tego, że bedziesz silna, będziesz miała dustans. a mnie nie obchodzi mój dystans. nie mam go. nie obchodzi mnie. pieprze. co, to samo mówi Ci moja matka, Twoja zona, to samo jak wypije któraś z kolei lampke wina, uśmiechasz się do siebie, „no tak, te same układy”, jaka szkoda, ze ja to mówie na trzeźwo. boje sie nawet alkoholu.

neuroty

Brak komentarzy

24h mialam stan napiecia. stan napiecia. boje sie wrocic myslami, poprostu chodzilam po szkole, siedzialam na leckji i nosilo mnie, nie wiedzialam gdzie jestem, historyk uderzyl w stol a mi sie wszystko szatkowalo, kazda komurka ciala, cala sie trzeslam, bartek, nie wiem co robic, zwolnij sie zwalniam sie jade do domu, czuje jak glodne wnetrze wyzera ze mnie napiecie, przynosi odrobine ulgi jak dobrze byc glodnym, jednak w domu glud mija a zostaje napiecie, klade plecak wieszam plaszcz matka wchodzi w przedpokuj jest pijana, rozmawia z sasiadka ktora ma usmiechnieta twarz, zle sie czuje w chwile jedna przebralam sie ide pobiegac, biegne jaka szkoda, ze nogi odmawiaja mi posluszenstwa i jest tak zimno, nieprzyjemnie, a ja mam w sobie tyle energii, takie napiecie, skrecam sie w polowie tuowia, jednak nie siegam wielkego wezla. potem matka spi, potem miliard telefonow do roznych miejsc. zeby ktos mi pomogl. ide do lekarza. dostaje leki. jedna tabletka. po jednej jest lepiej, ale nadal zle. biore druga. pije szklanke jogurtu, boje sie wrzodow. ide spac, godzina 18:20. budze sie 22:35, widze ze sa wszyscy na chodzie, widze ze mam pierdolca, serce mi kolacze swoje przerazone oczy, boze, ratunku, nie wiem co robic, psychiatryk, pogotowie. nikt nie rozumie. odwiezie samochod. przyniesie wodke. dostaje wodki. jestem zmeczona, ide spac, spie.

-
rano. wstaje z lekkim niepokojem.
nie wiedzialam co zrobic, stanelo na tym, ze ide do psychiatry wepchne sie w kolejke. potem apteka. potem aplikacja. potem czulam sie juz lepiej.

nawet prace na biologie napisalam?
-

nie wiem co to bylo. stan napiecia, gdy po jakimkolwiek srodku mijal czulam niewzmozona ulge na calym ciele, na plecach, jak odlywa ze mnie lęk, jak zmienia sie faktura mojego ciala. to bylo potworne. cale to napiecie, tak, jakbym byla zagrozona zyciem albo jakby sie palilo w domu, czulam potworne napiecie i dopuki nie rozluznilam sie od zewnatrz do wewnatrz nie bylo mowy o racjolanym mysleniu.
boje sie. boje sie dziur w muzgu. tego, ze w koncu szlag mnie trafi. tego, ze juz nie bedzie „cofnij”. tego, ze spotka mnie to co Rut. jestem poddenerowana. wszyscy widza co sie dzieje. mialam teraz rozmowe, apropo oli, apropo jej pełnoprawnego, aczkolwiek niemoralnego zachowania, poelgającemu na drażnieniu mnie. ojciec chcial zrozumiec, okazuje sie ze nie rozumie. wg niego, ja powinnam znalesc w sobie sile by sobie z tym poradzic. powiedzialam mu dzisiaj, bez sensu bo jest pijany myslisz ze nie wiem ze idziesz do toalety myslisz ze nie wiem po co? bez sensu, mowie mu ze moze byscie przestali pic i poszli sie leczyc, moze matka poszla sie leczyc psychicznie, tak to wszystko co ja mowie jest bardzo wazne, mowi mi, ciezko oddycha i probuje mi patrzec w oczy, swoimi, przekrwionymi, zaraz sie zrzygam, tak to bardzo wazne, ale nie rozumiem, musisz byc silna, jestes silna, mozesz to odbic od siebie jezeli chcesz, ja moglem nie wiesz z jakimi ja problemami mialem stycznosc, z jakimi ludzmi, lawirujesz na granicy zycia i smierci; wtedy pokazuje imitacje mnie, lapie sie za glowe i mowi „bo we mnie dzieja sie takie rzeczy”, patrze na niego i wiem, ze nie radze sobie, tylko tyle, nie mam sily, tylko tyle, to takie banlane ale mi sie nie chce juz jej szukac, ze lepsza jest mimo wszystko smierc, a poki jeszcze nie mam dziur w muzgu i nikogo nie zabilam, to moge sobie jeszcze pochodzic po tym swiecie, ze w sumie szkodze tylko sobie a jak zaszkodze to przeciez zawsze znajdzie sie na to ostateczny spokoj, jednym slowem nie ma sytuacji bez wyjscia. widze to, widze jak siedzi obok mnie i prubuje mi wyjasnic, ze wie, ze rozmawial wczoraj dopiero wczoraj? po tym, co sie ze mna dzialo, jak przespalam tyle czasu, jak budze sie w srodku nocy bo moje serce wykrzywia sie na mojej twarzy, z napiecia, z tego potwornego kolowrotu, widzieli to i rozmawiali, tak to najprawdopodoiej z tego, co sie dzieje miedzynimi, z ich relacji. i teraz kasiu, musisz byc silna i to odbic od siebie. ja wiem, ze jestes silna, bo masz w sobie duzo sily. mowie mu, ze nie mam, ze nie dosc, ze psychicznie, to jeszcze moja fizcjologia siada, ze przekaznictwo neuronow siada, ze ja nie wiem, ze skad sie biora choroby psychiczne, ze ja nie chce, ale nie majm sily, nie mam sily mialam na chwile po psychiatryku, ale minelo, nie chce. nie wiem jak to wytlumaczyc. slysze tylko jak bardzo ustawiam wszystkich wokolo siebie i jak oszukuje sama siebie, tak tato na tym polega anoreksja, kiwa glowa przecząco na mojes słowa, wie lepiej, to nie to. ciesze sie ze wy sobie z tym radzicie, ale ja nie radze sobie, ja chcialbym, zebys sobie z tym poradzila, ale ja sobie nie radze, moja psychika siada, boje sie dziur w muzgu, nie chce ich, nie bedzie wtedy „cofnij”…
-

matka nie bede rozmawiala z wami, jedynie na trzezwo, na trzezwo.
-

pijani do cna. to takie dziwne. nie radze sobie z tym dziwactwem. za kazdym razem tak samo dziwne dziwactwo, nie zrozumiałe. heh. moje uwarunkowania genetycznie wykazuja na to, ze moja psychika nie jest dostatecznie silna. „zycie jest straszne, ludzie sa straszni. ten dom jest zly” – to wszystko Twoje, Mamo, Wasze slowa. ale ja sobie z tym nie poradze, jezeli tu bedzie bagno. to mi mowia wszyscy, a ja im wierze. boże, komus przecież musze. mowisz mi, jaka ja jestem zla, jak ja nic nie rozumiem, jak ja nie umiem przytulic siostry, powiedziec dobrego slowa, jak ja wszystkich ustawiam pod siebie, od najmlodszych lat, ze ona znala taka osobe, byla egoistka, i patrzy na mnie, oblednym wzokiem i nie moze uwierzyc, ze jestem jej corka.

„ale skad Ci przyszlo do glowy, zeby sie odchudzac? Ty kochalas Pajaka? ja wiem, zdarza sie takie miłostki..”

nie mogłam uwierzyć. tłumaczyć cokolwiek. mamo?


  • RSS