zona blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 2.2005

czuje sie totalnie oderwana. wielki wezel nagle, niespodziewanie. nie rozumiem, nic nie rozumiem nasuwa mi sie na mysl, nie ma nic gorszego niz gwaltowny dysonans, miedzy swiadomoscia ze mogliby mnie zgwalcic i zamrodowac a oni by zaczeli kombinowac gdzie ja wlasciwie jestem gdzies kolo 11 rano dnia nastepnego, kiedy stezenie alkoholu we krwi jest na tyle niskie, by muc powrocic do rzeczywistosci.

niektorych slow nie mozna cofnac, duzo powiedzialam, jak male dziecko bez zastanowienia, z zimnem na duszy. teraz, w ukryciu przed ojcem jestem tutaj i czuje sie lzej, jak male dziecko, ktore nie rozumie kary, i ukarane chce sie odegryzc na mamie lub tacie.

wielki czlowiek.
nie dobrze mi.

za piec dni. mój. boże… mamo. za pięć dni będę dorosłą kobietą. zbiera mi się na wymioty. za pięć dni. za pięć dni. za pięć dni. w piątek…

po dwutygodniowej libacji. po tym wszystkim. dzisiaj nie rozumiem, przechodzę obok z zaciętą twarzą, jestem obrażona, jak mała dziewczynka z zaciętą buzią, bo mama lub tato potłukł talerzyk od kompletu który dostała na gwiazgkę, jak oni mogli?

-
jak zawsze, wszystko co symboliczne musi byc na jakichś takich chorych, niepoprawnie politycznych papierach. umawiam sie z nieistotnymi dla mnie tak naprawde ludzmi, totalnie nie pamietajac, ze przeciez to wlasnie jest moja 18nastka i nalezaloby w ramach sentymentu do dat uczcic to w nalezytym gronie. u schyłku swojego o śmieszne! formalnego dzieciństwa nagle tato traktuje mnie jak dziecko, bo zachowałam się niewłaściwie, bo go obraziłam. bo nie znam granicy. bo nie wiem co można a czego nie – jeszcze się nie nauczyłam. bo edukację o swojej osobie zaczynam od bycia dzieckiem, zamiast przejść szybki kurs dojrzewania by stawić czoło rzeczywistości, a ja myśle zamiast tego o wykrwawieniu się tudzież zwymiotowaniu z siebie wszelkiego życia, jak każda bulimiczka, jak kazda przewrazliwiona anorektyczka, dla nas czas nie ma znaczenia, nie wazne czy masz 13 czy 33 lata.

-
czy 18.

-
dużo się ostatnio wydarzyło. a ja nic nie rozumiem. próbuję sobie jakoś to poskładać, wytlumaczyć, słabo mi to wychodzi.

wiem, zrobiłam dużo złego. ucze sie na błędach, a przynajmniej chciałabym. to byłoby takie konstruktywne. poznawanie smaku rodziców.

zapach wody kolońskiej dla męzczyzny w wieku 50-paru lat, zamiast nieswierzego oddechu, kilkudniowego potu i wydalanego sfermentowanego alkoholu. i jego slowa. obelzywe slowa ktore powoduja, ze gdyby mogly krawic wykrawilabym sie na smierc.

-
„musze postawic na swoim, bez skrupul, i sie dziwisz, z lazienki sie usun, bo trzeba zebys nie wiem co tam mialas do zrobienia, nie bedziemy sie ze stara rozumiesz liczyc”

bo Ty robisz co chcesz. twoja wiedza jest bardzo nieadekwatna.

nie wiadomo kto cie zmniapulowal, oni Ciebie czy Ty ich, ale ja Cie z tego bledy wyprowadze, kochany tato.

on wie, dorpowadzilam sie do takiego stanu bo coz no, on rozumie ze srodowisko domowe bylo nienajzdrowsze.

(ale my musimy byc silni).

przychodze tylko po kase.

umiem przypierdolic tak, ze glowa mala.

oto ja, sluzebnica swoja, niech mi sie stanie wedlug dziecka mego we mnie.

dziecko gówniara smarkula żygowiny.
-

im the one confiused;

dlaczego kłamiesz?

nie wiem.

mogłabym nie. weszło mi w krew, czyli jednak nie mogłabym innaczej;

uspokój się. już nie będzie kłamstw, Prawdziwy Wojownik Światła nie oszukuje nigdy.
-
mam nadzieję że będziesz. chciałabym porozmawiać, jak dwójka dobrych przyjaciół, starych, możemy liczyć tylko na siebie.

dopiero wróciłam ze spotkania. nie jestem z Grzegorzem, poprostu się spotykamy. Mamy zupełnie dwa odrębne światy, zupełnie dwa wymiary, gdzie gdzieś się stykają, w zasadzie nie wiedząc dlaczego. przypadkowo. kiedyś do złudzenia podobni, zaskoczeni, że takie podobieństwo jesr możliwe. dzisiaj równie mocno zaskoczeni sobą, swoją odmiennością, skrajnie różnym sposobem na świat, skrajnie sobie radzącymi ze światem. a raczej to ja jestem zaskoczona, mimo, że zdawałam sobie sprawe po kilku zdaniach na ekranie monitora, które przepłynęły do mnie nie z tak daleka, z Krakowa. z płaczem, dlaczego nie rozumiejąc, ale to przeszłość, dzisiaj jest tylko jakiś żal, że teraz jest tak. że Twoja wrażliwość została wyparta. że mimo, iż masz w sobie kochanego małego chłopczyka, który chce od życia bardzo niewiele, dzisiaj za cel postrzegasz zabrać dla siebie jaknajwięcej, bo żyje się tylko raz, i nie to najważn iejsze jaki jesteś, tylko co możesz zrobić. wielkie pieniądze, pełnia świadomości, takie są fakty, to wiemy wszyscy, bo life is brutal a litość jest obecna jedynie na stronicach nie kochanej przez nikogo tak naprawde biblii. przez nikogo z nas.
i tylko starasz się nie zatracić, czasem załamując głos, przy jakiejś ilości alkoholu, ze życie jednak nie jest taki od A do Z jak zdołałeś sobie poskładać, żeby żyło się jakoś możliwie z twarzą, bez płaszczenia się o odrobinę prawdziwej czułości.
Ale szybko wstajesz, z dużą siłą i rozmachem, bo to nic, bo najpiew musisz dojść do celu, potem wszystko pójdzie jak po maśle, bedzie dom, będą przyjaciele. bo bez kasy ich by nie było, uśmiechamy się, bo wiemy, że tak jest w istocie, że nie jest to zdegenerowany sposób myślenia, tylko poprostu najlepszy najbezpieczniejszy monopol na życie.
Jakiś żal, że to jest takie wyprane z uniesień, z drobniutkich rozkoszy, zamiast tego jest piękna kobieta, wielka ekstaza, wielkie osiągnięcia i persona owiana legendą. bez poczucia samotności, pustki, bo nawet nie ma na to czasu.
jakiś żal.

a mimo to jest mi z tym dobrze. z tym żalem. bo wiesz, Michał, jest w tym jakiś sposób. bilans jest żałośnie prosty. ja chłonę świat każdą częścią ciała, wydawać by się mogło, po raz nie pierwszy w życiu dochodzę do tego momentu, keidy wiem, że tak nie można. że duzo mnie to kosztuje. wypadki i ludzie i zdarzenia i gorszy czas robi mi nieprzyjemnie pachnące dziury, z których jak woda wypływa moja energia, jak krew z tętnicy. i wtedy to ja wstać nie moge, z mokrą od bezradności twarzą leżę pokornie stulona w łużku lub nachylam się z obrzydzeniem nad muszlą klozetową, a wtedy Ty po chwili wstajesz i jestes zwarty i gotowy, i nie rusza Cie już nic, nawet nie płakałeś.

a może płakałeś, ale to tylko podświadomość płakała.
-
jestem nawet zadowolona. nie spotyka Cię to, jak mówisz, jak dajesz mi odczuć, w przejawach skruchy swoich własnych domysłów o Tobie wiem, że nie jest tak dobrze, jak wygląda, że ciasto wewnątrz jest wypukłą atrapą. a pod atrapą Twoja Biała Róża. Pamietasz, ja miałam pielengnować to piękno. Ty je nie zabiłeś. ale zakrywasz wszelkimi możliwymi sposobami.

i mimo to, mam naiwną dziecięcą nadzieję, że wyjdziesz na tym jaknajlepiej. że za jakiś czas, skończysz studia, zarobisz taką ilość pieniedzy, żeby wiedzieć, że czas powrócić, odkryć się dla siebie samego i dla części świata, na tyle na ile możesz czuć się bezpiecznie, w ramach norm.

że nie będziesz jak mój ojciec. nie w tej kwestii.

that was just the dream.

A on?

1 komentarz

jest już bardzo późno. jestem bardzo zmęczona. Myslałam sporo o Michale ostatnio. chodziłam po mieszkaniu dzisiaj, nie istniałam, z bólem brzucha który jest owocem dwudziestogodzinnego braku jedzenia. było mi źle. żal, jak szybko straciłam tą siłę, jaką dała mi osoba Michała.

wyszłąm wczoraj z domu ze łzami w oczach, nie wiadomo tak naprawde z jakeigo powodu. jestem poprostu przewrażliwiona, nie mogłam zrozumieć dlaczego tak się dzieje i dlaczego ja tego nie zoruzmiem. nasuwały mi się pytania, co za świat w którym żyję, gdzie ja zyję i gdzie ja się wychowuję, PAtrzę na Michała i zadaję sobie znowu to samo pytanie, co to za świat? Zlewam jego osobę sprzed kilku lat, i porównuję ją do tej, którą widziałam w ciągu tych może 36 godzin. nasuwają się wnioski, jakies idee odnośnie przemian wewnętrznych i innych pierdół.

ale to wszystko nieważne.

zrozumiałam jak wiele mnie z nim łączy. nie jest to uczucie, raczej bardzo dziwna odmiana sentymentu. coś jak na końcu śweiata jest jakaś niewidzialna płaszcyzna. nie wiem, jak wygląda to z jego strony. nawet nie umiem się domyśleć. z jego gestów i słów wynika jasno, ale nie wiem, czy mogę mu ufać. czy mogę sobie ufać wobec tego, co czuję. a ja? a on. a ja mam wrażenie, że mogłabym z nim mieszkać, mogłabym długo chodzić w milczeniu, bez sensu; ileż można milczeć, a dopiero po 24h przebywania z sobą na okrągło nie kończy mi się język i Tobie też, z żalem że ktoś chce czegoś od Ciebie i mi przerywa cieszyć się Tobą.

nie wiem, jak on to czół. czasem boję się, że wypaczył nawet to, co poczułby, gdybym była kimś dla niego naprawde ważnym i musiała wyjechać i wtedy on uznałby, że pojechałam i że trzeba wracać, trzeba się spotkać z tamtymi ludzmi, zrobić to i tamto, załatwić z tym to i owo, bez zastanowienia, bo trudno i szkoda ale bywa.

przepływ ciepła, siadasz obok mnie a ja uśmiecham się jak nastolatka, śmieję się jak nastolatka, jakby to było po raz pierwszy w życiu, patrzysz na mnie długo i uważnie, jakby to było po raz pierwszy w życiu. a ja spuszczam wzrok i czuję się speszona jakby to było po raz pierwszy w życiu.

brakuje mi Ciebie? chyba nie. wiem, że jesteś. wiem, że tutaj mam Mężczyznę, i że nie jestem sama, mam odrębny świat, gdzie czasami dane mi być i odczuwać bezpieczeństwo.

ściszyłeś głos tłumacząc, że chyba będziemy musieli spać razem, jak nastolatek szybko, żeby nikt nie usłyszał pytania, czy wolę z lwewj czy z prawej. uśmiecham się ciepło, z lewej (głuptasie), a przecież wiem, że Ty nie wiesz poprostu jak ja zareaguję, boisz sie mnie, boisz się mojej czystości, mojej bojaźni i zarzenowania. a może uważasz ścić głos za stosowne dla zaisntiałej sytuacji, a może wyszło to tak, po prostu. kładziemy się, jakby to było po raz pierwszy w zyciu nie wiedząc jak to pochwycić, groteskowy pretekst by mnie objąć, pełen bojaźni i nienaturalności.

Dreams

1 komentarz

póściłam starą nagraną przemnie płytę. zbitka utworów, które między sobą nie mają nic wspólnego, ale są dla mnie bardzo ważne, przywołują wspomnienia. w pewnym momęcie poleciało Dreams, ładna melodia, prosty tekst. kiedyś na dźwięk pierwszych akordów zamierało mi serce i łzy napływały do oczu.

dzisiaj słucham, bo tak. po wczorajszym szaleństwie, bez znaczenia, na zimno, na sucho. nikt mnie nigdy nie zgwałcił, a zgwałcono tamtą dziewczynkę małą, a liczyło się tylko to, że dostała odrobinę wsparcia od życia potem. wielki sentyment, może nie zasłużyłam. ale mimo wszystko nie czuję, że tamte postrzeganie było wymuszone, było jakoś specjalnie naiwne. zdaje sobie sprawę co wtedy czułam i mam do tego duży szacunek. może powinnam dziś się z tego śmiać, ale cóż, de facto nie jest mi do śmiechu.

w domu

Brak komentarzy

patrzę w małe lusterko przedziału pociągu ekspresowego, patrze w szyby, które przez ciemność za nimi są jak rozmyte wielkie lustra – jaka jestem śliczna, jaka drobna, jaka mała, myślę, gdy widzę siebie. w obliczu wczorajszego i przedwczorajszego wieczoru wiem, że mam tylko to, tylko wygląd, tylko tajemniczość w oczachj, zagadkę. czasami mam wrażenie że tylko dlatego ludzie chcą ze mną rozmawiać, a nuż powiem coś ciekawego, a nuż mam interesującą osobowość, a w zamian za to okazuje się, że może być to ciekawy życioryz zabarwiony kolorami niejasności. albo plany na przyszłość.

jestem na peronie. Warszawa wschodnia. w lewo i w prawo, bardziej nieświadomie niż naiwnie patrzę czy ktoś czasem nie czeka, moje kobiecie oblicze nawet zachciało by tam właśnie stał Gregory. idę wzdłuż peronów, w zaciętą twarzą, rodzina to nie są wielkie słowa czy święta bożego narodzenia, rodzina do drobiazgi, to gesty, to elementy niezbędne by czuć grunt pod nogami, czasami grunt pozbawiony głębokich relacji, czasami pełne burzliwych ścierań się osobowości pełnych tempertamentu, gdzie co słabsi odczuwali zagrożenie, ale albo mieli rodziców albo na tyle dużo szczęscia w życiu, żeby mimo swojej słabości wyjść na prostą.

ja nie jestem słaba. ale miałam za dużo niefaru.
zrobiłam podczas podróży groteskowy bilans swoich dwuch ostatnich trzech-czterech lat. Michał by mnie zapytał, jak to się stało, co się działo a ja powiedziałabym, że zapytana odpowiem i zaczęło się tak, że w wieku, ja wiem, 15 lat, wpadłam w anoreksję.

uśmiech na samą myśl. nie ja jedna. ile jest nas, młodocianych, przewrażliwonych, z nerwicami, w zaburzeniami różnych układów fizjologicznych.

smieszne.

-
Po krakowie odycham pełną piersią. z nową wiedzą o sobie, z nowymi wrażeniami wobec zastanych sytuacji. z nowymi twarzami, które niebawem odbiore, przejem na swoj osobisty użytek.

zaraz po tym, jak weszłam do domu, coś się ropzbiło, flakonik różanej goryczy się rozprysł. ledwo stałam. widziałam dużo dobrego i dużo złego, chciałam odpocząć, może wyskoczyć z Arturem do klubu. zapomnieć, zobaczyć stałe twarze, z którymi czuję się bezpiecznie. Artur wyszedł pół godziny przed moim przyjściem. słyszę głos jakiegoś człowieka, to znajomy rodziców ze stanów, widzę go po raz pierwszy w życiu, słyszę o nim od maleńkiego, wielki człowiek, wchodzę i witam się, uciekam i rozpakowywuję się, matka nawalona ojciec nawalony spi, piją wino i się śmieją. dziewczynki się śmieją. totalny zgiełk, nie wiem gdzie jestem. czuję nieprzyjemny posmak w ustach. szybko dostrzegam kurewskie szaleństwo w oczach mojej matki, gdy zmuszam się by usiąść z nimi i już wiem, i już rozumiem, że nie jest tu moje miejsce. wstaję, zamykam się w ramach kieliszka z winem i papierosem matki, pogrążąjąc sie w bezsensie swojego własnego działania. zamiast dobrze wykorzystać przedostatnią noc swojego wolnego czasu, startuję jak najgorzej się da.

dzwonię do Al. nie odpowiada. miała być o 20, jest już długo po. rozmawiam chwilę z Pajakiem. nagle znika, telefon, wyższa sprawa, pewnie Sylwia dzwoni i musi się z nią powykłucać, to nic ze prawie płaczę mu w rekaw. wysyłam Gregowi sygnał – po co? przecież to bezcelowe. odpisał mi. jest zimny jak lód. nie jest mężczyzną. jest, jest ze mną coraz gorzej.

już wiem, Ze Al nie chce nigdzie iść, jest zmęczona. rozmawiam z Danielem, zadaję mu stek niezrozumiałych ogólników, na przemian drocząc się i nieodpowiedzialnie wywołując w nim różne reakcje na moje słowa. przebieram się by wyjść do mieszkania przyjaciółki, by uciec ze zgiełku obelżyw mojej matki, jej obrzydliwego zachowania, dlaczego włazi na stół i przyciska do swojej piersi męczyznę, którego zna tyle lat, tak niezobowiązująco, dlaczego tańczy i czuję od niej zapach potu i alkoholu i swojej matki. i nie rozumiem nic i patrzę oczyma niemowlaka, który nie rozumie nic.

kraków za mną, warszawa przedemną. czuję zapach pociągu, czuję hormony powrotu do domu.

nikt nie czeka. zawsze tak bylo. od wszystkich i od wszystkiego jest mi daleko. wchodze w dom, widze cudza walizke. kumpel ze stanow. mojego ojca, moich rodzicow przyjechal. ojciec spi. robi mi sie coraz bardzije glupio. alkoholizm. dziury z muzgu. pijane smiechy. cierpienie matki. nie mam gruntu. chce uciekac. nie mam dokad. Al nie ma. nikt nie zyje obok. Grzegorza nie ma. nie ma. nie ma.

w domu

Brak komentarzy

szukaliśmy go w warszawie do drugiej w nocy. szpitale, policja i te klimaty. do drugiej, dopuki nie wpełzną do mieszkania, mieląc usta w upojeniu alkoholowym, w pragnieniu alkoholowym, wpełzną i był zdziwiony, nie rozumiał i stały element gry między nami: gdzie jest moje wino?

-
następnego dnia rano budzę się z myślą, że dzisiaj oto zobaczę się z wybrankiem moich myśli od czasu jakiegoś. zaraz potem dobiega do mnie wspomnienie niewyspanej nocy w oczekiwaniu i w czarnych myślach i szarości za oczami na same wspomienie, że zyczylam ojcu mojemu tego co mu zyczyłam stojąc w obliczu ewentualności, iż moglo właśnie się mu to przydarzyć. nagle słyszę, jak ktoś chodzi po mieszkaniu. nie jest to mój brat, jest to mój ojciec. wchodzi do pokoju obok, pokoju brata mojego i pyta, gdzie jest jego wino. po chwili wiem, że jest u mnie. wzbiera we mnie złość i poczucie niesprawiedliwości. wstaję więc, robię mu wyrzuty a w międzyczasie robię swoje; zaczynam normalnie dzień jak codzień. nie tak łatwo, jak okazuje się po pewnym czasie. poszedł do sklepu, kupil sobie dwa wina i prowiant do domu na jakichś czas, czując ulgę że coś dla nas zrobił, że my myślimy, że coś dla nas zrobił.

zostałam sama. sama z jego wyrzutem w oczach. jak godzine później siedział pijany nad blatem bufetu, chciał mi coś powiedzieć, ale ja widziałam przed swoimi oczyma tylko wielki węzeł. nie chaiłam, żeby mówił cokolwiek do mnue.

kilka razy spierdalaj.

potem łzy w jego oczach.

a ja,
widząc, jak płacze przedemną wielki cżłowiek, musiałam coś zrobić, żeby mnie tutaj nie było.

nie wiem, komu ufać.

światu, rodzicom, ludziom czy sobie.

nie ma jedności w tych relacjach. co godze, nie ma analogii.

sa jedynie sprzeczności.
a ja mam Grzegorza.

lustra

Brak komentarzy

jeszcze jestem w wielkim swetrze, jeszcze pachne papierosami.

patrzylam na niego w zgielku slow ukladajacych sie w niesamowita calosc. wydawal mi sie jakże przystojnym męzczyzną, co chwila w przerwach między akapitami jego wypowiedzi odczuwałam niewzmożoną ochotę przytulić się do niego, tak prymitywnie, uśmiechałam się na samą myśl.

wertowaliśmy różne etapy naszego życiorysu i wertowaliśmy róźne motywy naszych przemyśleń. mija czwarta godzina, a ja ciągle nie mam dość, mija czwarta godzina a ja chcę jeszcze.

fascynacja.

rano dostałam wiadomosc, którą uwieńczyłam uśmiechem. wiadomość wyrażała sympatię w stosunku do mnie i zawierała informację, że będziesz. że powinenes być, ale nigdy nic nie wiadomo.

co prawda to prawda.

jak zwykle nie mam się w co ubrac spokojnie jestem bardzo spokojna i się uczę, wychodzimy w miare pozno a ja mam dużo obowiązków. chcialabym sprzedac sobie dystans, najlepiej na miejscu; do siebie tego co mowie i jak wygladam, udaje mi się jednak tylko na wynos z zakupem, dopiero w klubie, dopiero z lykami pierwszego piwa.

ten Twoj usmiech, ktorego nie rozumiem. nie rozumiem tego Twojego zachowania. Nie rozumiem zachowania swojego, ktore popelnia błędy i jeszcze dobrze na tym wychodzi; zapewne do czasu.

Spotkałam męzczyznę starszego o siedem lat, rowne 7 lat bez dwudziestu dni. myślałam, że będę musiała się przed nim tłumaczyć, żeby wyjść z miłymi wspomnieniami, lekko zażenowana z pytaniem w oczach „co ja tu robię” leżąc koło niego, zastanawiając się dlaczego i po co to wszystko, układałam sobie przemówienie. dopiero potem, jak męzczyzny dla mnie nie było, on wrócił bez mojej wiedzy ale za pośrednictwem chęci, za pośrednictwem braku właśnie jego.

-
tydzień później o 3ciej nad ranem męzczyzna siedząc obok mnie i trzymając swoje dłonie na moim ciele, w dziecięcy, niewinny sposób. mężczyzna zastanawia się, czym pachnie moja skóra. a ja wyrażam dezaprobatę dla jego ogolonej skóry twarzy, bowiem lekki zarost którego miałam okazję czuć na czułej szyi był taki niezamowity.

o imieninach katarzyny i grzegorza wiedział, bo widział wracając autobusem na informacji. wie kiedy się urodziłam, gdzie chodzę do szkoły.

zatsnawiam się, czy naprawdę jest tak, czy Grzegorz jest mistrzem w układaniu wizji o sobie w takich jak ja. wydawać by się mogło, niewiele ryzykujesz.

raz jeden

1 komentarz

nie wytrzymałam. musiałam. braciszek spał, mało osob w domu. nie było problemu.
miał być raz ostatni. świetnie mi idzie. moja waga jest adekwatna, codziennie pomogam memu ciału by się kształciło na moje podobieństwo. mam nowe leki. dobre, działały, ja miałam w sobie spokój i spokój był wewnątrz mnie fizycznie.

jedna myśl, jedna, niekontrolowana.

czasami nad tym panuję. czasami mówię veto. czasami słucham tego veta i posłuszna jak baranek, poczynam kroki by odwrócić swoją uwagę, dumna z siebie, ze swojego dokonania. czasami jednak veta nie ma. moje zmysły są nie tutaj, mam już wszystko zaplanowane, na tacy podać, kilka chwil, kilka bardzo nieprzyjemnych chwil zastąpionych jest potem „już wszystko w porządku, honey”.


  • RSS