zona blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 3.2005

zaczęłam płakać w swoje ręce, nic mi innego nie zostało i wiedziałam o tym. płakałam, powody te same, tylko stan świadomości ich się zmienia, z mniej na bardziej bliski rzeczywistości.

anorektyczne myślenie wrocilo trudną intensywnością. myśli, jak lodowata woda, spływały mi cięzkim strumieniem na kark. poczucie bezradności, poczucie pokoju bez wyjścia. poczułam się zupełnie goła i wstydziłam się swojego wyglądu. miałam wrażenie szpetności. byłam obrzlidliwa, nie mogłam i nie chciałam tego znosić, ale żyć oznacza znoszenie tego do końca swoich dni.

mała tragedia. jak można tak wzgardzać własnym ciałem.

konstruktywne wniosku nasuwały się jeden za drugim. co teraz będzie, co zrobie, dlaczego nie pójdę do szkoły? lekarz, jaki lekarz, który, poczucie bezradności, nie chcę jeść, nie mogę iść do szpitala bo tam jeść trzeba, schudnę i co, i będzie jak sprzed półtora roku, będzie jeszcze gorzej, bo wtedy może już nie być powrotu, a nim nie będzie powrotu to będzie mnie wszystko bolało, wszystko będzie potwornym wysiłkiem, nuisanse effort, to dla Ciebie, Grzegorz, co pomyśli sobie Grzegorz, wariatka, uciekniesz ode mnie, nie będziesz miał ochoty, nic mam dla Ciebie nic. leki, za dużo leków, trzeba je odstawić, ale przecież bez leków nie ma życia, co to za życie bez leków. rodzi się nowa fobia, wszystko mi może zaszkodzić, muszę być ostrożna, coś mi pęknie w środku, muszę dbać o to, żeby czasem nic mnie nie rozcięło wewnątrz

a więc jednak chcę żyć

co nie jest powodem, dla którego warto zaprzestać walić się pięścią w napięty mięsień brzucha;
nikt nie będzie mnie ratować, to moja sprawa, nikogo to nie obchodzi, jakim prawem miałabym zrzucać się komuś dodatkowy ciężar swojej osoby. jak tu budować normalny związek? z człowiekiem, który potrzebuje spokoju, oboje tego potrzebujemy, z tą różnicą ze on mi może go dać a ja jemu nie,

co dalej, szkoła, siedzę wieczorem, mało zjadłam a może znowu za dużo, nie mam siły, czuję jak opadają mi ręce, za mało cukru, a może psyche się buntuje, nie słucha rozsądku, a może alkohol, a może rzucić szkołę, to bez sensu, po co się mam męczyć, mamo ile ja moge to znosić, pytam w bezsilności retorycznie bo mnie zwija w środku i mogę tylko płakać i wstyd mi.

i wstyd, że pokazuję jej swoje łzy. ale na moje głuche pytanie odpowiedz jest i to szybko: tez nie wiem jak mam sobie poradzic. i patrzy, ślepa, patrzy w dal, widzę to i myślę dom wariatow, przytulek dla oblakanych, ojciec sie usmiecha ironicznie.

they spun away for me

they spun away for me.

dwa razy. mogłam normalnie chodzić.

-
ide spać. poczytam coś przed snem i pójdę spać.

Wysłałam Ci, perełko Ty moja, która nie dba o mnie i ja wiem, że sama sobie to wypracowałam. wysłałam Ci, perełko moja, sygnał, przynajmniej dla siebie, żeby pokazać Ci, że o Tobie pomyślałam. że myślę cały czas.

monolog

Brak komentarzy

kłamać, nie kłamac? boże, co się ze mną dzieje, lustro i moje odbicie, jaka ja jestem wielka tak koniec, koniec z jedzeniem, pęcznieje we mnie brzuch i chce się wydostac na zewnątrz, nie to nie ma sensu, szybko wtyłzwrot to wczoraj, dzień w dzień to wczoraj, wszystko to, wszystko mi szkodzi, leki mi szkodzą, mięso, herbata, wszystko mi szkodzi umrzeć na anoreksję, przestać jeść i przestać istnieć Grzegorz, muszę iść do lekarza, koniecznie, to tylko gastronomia, ale ja nie moge już tego znieść, its awful, nie mogę iść do szkoły, będzie to samo co kiedyś, boje sie, krąży szybko krew, czuję ją jak krzyczy zrobiłam coś złego, czuję wielki węzeł jak zjada mnie od środka więc zrobiłam coś złego.

moja uwaga nie tam gdzie trzeba, moje życie nie tak jak trzeba, wszystko na równi pochyłej. na równi nierównej.

crucker

1 komentarz

siedzimy razem w promieniach słońca, pierwszy raz jest tak ciepło, nie czuję na sobie cięzaru cieplejszego odzienia, ciężkich butów, jedyny cięzar jaki czuję to wielki wezeł w sobie, w sobie głęboko któremu nie moge od dwuch dni dać upustu. mówię jej o tym, o tym jak nie mogę spać, jak kładę się wieczorem wcześniej zaciągawszy się tytoniem, budzę się z myślą o strasznym, chodzę cały dzień próbując nie uronić niczego przez przełyk na zewnątrz. wychodzę więc na powietze, ledwo mówię, jestem zmęczona, co za absurd, nie dać leków osobie z problemami psychicznymi, dlatego, że ma problemy psychiczne. trzeba iść do lekarza, trzeba obecnego lekarza zmienić, rzeba coś zrobić. coś, nic nie pomaga, tyle leków, tytoń, nic, nic nic.
wyginam swoje ciało do słońca, już wiem dlaczego kiedyś tak nienawidziłam słońca. tzn wiedziałam to zawsze, nigdy jednak do końca nie rozumiałam, bo tak było i cześć. bo teraz, kiedy jest grzegorz, patrzyłam na wstający dzień jak na coś pięknego, jak coś, co daje mi siłę, którą staram się zassać z każdego możliwego ciepłego elementu który składa się na mój dzień. ale dzisiaj spojrzałam w okno i zrozuiałam, jak bardzo jestem od tego daleko, jaki to jest okropny kontrast, jak ja wolałaby żeby było wiecznie ciemno, żebym nie musiała wychodzić. nie ma Grzegorza, jak jest to jest tak dobrze, jest mi lżej, jest mi poptostu lekko. ale jak go nie ma przychodzi cień, po miesiącu znajomości, wiem, że tak nie powinno być, że powinnam być niezależna, wiem że się zespalam z nim, nie wyobrażam sobie żeby mnie zostawił (bo w zasadzie nie daje mu nic, co by go przy mnie trzymało).
-
jak sobie wyobrażasz Twoją przeszłość? wiesz widze swoje wypastowane ale obdarte glany, wszystko na wariackich papierach, całe zycie niedomówione, niedopracowane, nie takie jakie powinno być bo nakazuje kultura czy tradycja czy moralność czy więzy rodzinne, mam te obdarte stare swoje glany i biegne, na przemian mając power’a a czasami jednak ledwo stąpając na lini poziomej, potykam się co chwila i ledwo swoje na nogach, ale biegne dalej. taki ladny, naiwny obraz, pozbawiony większego tudzież głębszego wyrazu, jak całe moje życie.

to bylo kilka dni temu. wracam do tego bo jest to dla mnie ważne. dzisiaj myślę, że Grzegorz mnie ignoruje, albo to ja mam jakies absurdalne, niedorzeczne, nieadekwatne oczekiwania względem człowieka, który poprostu się ze mną spotyka od jakiegoś, jakże krótkiego – czasu.

będąc na spacerze, tutaj, na wsi, chcąc uwolnić się od wielkiego węzła, myślałam o tym czego w zasadzie chcę od Grzegorza. porozmawiać o tym też nie powinnam, bo nie wiem czy jest sens obarczać go odpowiedzialnością za siebie wobec mnie, tak wcześnie. może w ogole nie powinnam z nim być, bo jako, że nie powinnam mu o niczym mówić, bo to byłby dla niego dodatkowy kłopot, to z drugiej strony jak będę z nim w ten sposób to ja będę się denerwowała, będę zbyt czujna, będę przewrażliwiona i będę tkwiła w poczuciu, że potrzebuję jego wsparcia, a o które właśnie dlatego nie mogę poprosić.

koło się zamyka ale nie ma prostego rozwiązania. nie wiem co on o tym myśli, zapytać go o to nie mogę, bo się boję. jest cudowny, przyszedł do mnie i chciałam, żeby został, to wystarczyło, żebym chciała teraz, by było go jaknajwięcej, i odnoszę wrażenie, że jest go za mało, coraz mniej.

bo sie boję. bo nie chcę psuć tego, co niewypowiedziane, nie chcę popełnić błędu „otwartych kart” jak to zrobiłam poprzednim razem, jak to strasznie się dla mnie skończyło.

nie odpowiada mi na moje smsy. nie odpisał wczoraj, przerwał nagle, w nocy, krew krązyła mi w zyłach zbyt szybko, oddychałam zbyt płytko i ze zbyt dużą częstotliwością. miałam wielki węzeł i potrzebowałam jego obecności jak leku, które ciągle zmieniam, bo przestają działać. te ostatnie, z nadmiaru ich, nie robiły mi już różnicy, wydaje mi się jakby on był tym lekiem, które może być naprawde skuteczne. brzmi to jak z książki dla małych dzieci, królewicz który całuje śpiącą, czując jedynie jak trudny czeka mnie dla mnie związek, czując podświadomie jak niewiele brakuje, żeby się rozpadł. nagle. tak, jak zawsze się one dla mnie kończyły. nagle, nagle z nawiązką, okazałą nawiązką.

-

nie stać mnie na dystans. moja przyszłość to elegancka, młoda, wytworna kobieta, ubrana gustownie, będę miała buty szpilki takie jakie chce a jakich nigdzie nie ma. będę miała wyraz twarzy kobiety mądrej, doświadczonej, z zalotnym, głębokim i zastanawiającym spojrzeniem, z zalotnością i dystansem uśmiechającym się. wypracowana zalotność i dystans, tego nie ma, nic nie ma.

nie mam do niego dystansu, takiego mostu do spokoju duszy. przypomina mi sie biodro które kiedyś miał i jestem zazdrosna, przypominają mi się dobre krótkie chwile i jestem uśmiechnięta, ale ostatnimi czasy mam na uwadze tylko to, że czekam na wiadomość od niego, czekam, aż da mi do zrozumienia, świadomie, celowo, że pomyślał o mnie i że chce mi o tym powiedzieć.

-

Polly wants a crucker.

myślę o nim. na okrągło, myślę o jedzeniu. jestem czujna, zbyt czujna, w końcu nie wytrzymuję i dalej scenariusz toczy sie swoim trybem, leki biore, ale leki już nie działają.

wszystko jest zbyt słabe, wszystko jest nie zbadane, wszystko jest zostawione samemu sobie a ja tak, a ja z tym nic nie robie. wydaje mi sie, ze jednak popycham to ku przodowi, ale potem i tak wiem i tak jestem sama sobie winna.

przed snem znowu mnie bierze i zwija sie w rulon. nie wiem, co robic, zaczynam sie denerowac, czuje jak pulsuje we mnie, ratunku. na rozpaczliwy sygnal odpowiadaja mi papieros i kieliszek wodki, piwo nie wchodzi w rachube, piwo jest cukrem cukrem cukrem. papieros, zaciagam sie dwa razy, bezzwłocznie zaczyna mną kołować, zaczynam czuć się jakby mi zabrano nogi i jakbym unosiła się w powietrzu tak! nie ma wielkiego wezla, ciesze sie, mimo ze ledwo chodze, ledwo wychodze z pokoju brata, matka mnie widzi i na cos zwraca mi uwage, cos zrobilam nie tak, czegoś nie dopatrzyłam w porządkach domowych, mowi mi o tym intensywnie ale ja tylko kiwam glowa, siadam przy biurku u siebie i podpieram twarz rekoma, ona przyszła tu za mna mowi dalej ale w koncu wychodzi. wysylam cos milego Grzegorzowi, polozylam sie spac do luzka, zasnelam.

obudzilam sie wczesnie, za wczesnie, zasnelam znowu. obudzilam sie ponownie, tym razem to normalna pora. swieta, to dzisiaj sa swieta. i nie zdarzyłam pomyśleć o czymkolwiek, gdy mnie dopadło, jedzenie – a moje zrenice sie rozszerzaja, a wielki wezel wraca na swoje miejsce, a ja zaczynam sie bac, zaczynam szybko oddychac, zaczynam panikowac, zaczynam czuc, jak bardzo nie chce wstać i być, jak bardzo chce wrocic do snu.

znad klozetu podnoszę głowę, by spojrzeć na swoje odbicie. wcześniej przemywam twarz, ręce. wielki węzeł.

kilka dni swawoli a on już ulokował swoje miejsce. to z lewej stron, to z prawej, jak mu wygodniej. myślę o tym, tak, to tylko moja choroba, a gówno wam do tego, mówię tak do nich, bo prubuje sie wczuć w ludzi, którzy widzą że znowu łazienka że znowu zamknięte i trzeba czekać, nie muszę się tłumaczyć, ich to nie obchodzi, spokojnie, zaraz będzie wolne.

-

rób coś z tym, koniecznie rób coś z tym.
mówią jego usta, mówi jego głos, mam wrażenie że jak on jest to już nie trzeba, wszystko będzie dobrze. tylko dlaczego jest wielki węzeł. tylko dlaczego mam w sobie tą rurę.

-

dał mi swoje wiersze. czytałam je po mału, nie zmuszając sie do nich. czułam całą paletę uczuć, przez pryzmat tego, że go znam, tego, że mi na nim zależy, tego, że się o nas boję.

słowo „usta” i „biodro” które napisał, najpierw odręcznie a potem na komputerze, wywołało zazdrość, wywołało złość. i swojego rodzaju pragnienie.
-

nie mam co tutaj zrobić, nie mam co tutaj zostać, nie mam już nic tutaj, myślę, bagatelizuję lub wyolbrzymiam, ze skrajności w skrajność z której nie wynika nic. ojciec chodzi po mieszkaniu, gapi się w martwy punkt, gra kilka kwadransów w pasjansa, wychodzi na spacer, wraca, znowu wychodzi. on czuje sie wykorzystywany, pokrzywdzony, niedoceniony przez włąsą rodzinę, własną córkę, bo syn choć robi głupio to chociaż docenia. myślę o tym, i jest mi z tym niewygodnie. nie czuję współczucia, nie chcę mu pomóc. masz co chciałeś, Ty mała suko, jak można? matka chodzi po imaginacji swojej chorobowej, nie mogę się do niej odezwać, chyba że wypije, chyba że będzie chciała mówić, mówic do mnie, ciężko bo ciężko ale damy rade, myślę tak często a mówię na głos jeszcze częściej, matka słyszy i wiem jak bardzo się denerwuje. tak Ty cholero jasna, bo ty zawsze dasz sobie rade, Ty egoistko, myślę, to nic, to wszystko nieważne, pytam ją w czym jej pomóc bo w zasadzie mamy święta, nic nic nie zostaw odwal się kurwa i spierdalaj. opadają mi ręce, czuje brak glukozy i wizje porzucania szkoły, matura staje mi przed oczami, zołądek staje mi w poprzek. kładę się spać znowu, przeczekać przeczekać trzeba mi. potem okazało się, że to niestrawność, ze to nic, że to wszystko nieważne.

w moim domu nic się nie wydarza. jem ten posiłek na okrągło, będąc i słysząc, oddychając, próba wymiotowania nadwyżek strawy jawi się jako sprzyniewierzenie, brak lojalności, jako zerwanie więzi, wyparcie się ich. jestem z tym sama, wiem, „i’m the one confiused” naiwnosć w oczy kole, ale ile w tym marnym kawałku jest mojego stłumionego smutku, rozczarowania i dezorientacji. nie ma nikogo kto by uczestniczyl w tym tak samo jak ja, rozmawialam z tyloma anormami, poprawialam je, a wlasnego swiata, najwazniejszego swiata nie jestem w stanie naprawic. naprawić, a cóż to? dolewam jedynie oliwy, wstrzykuje dodatkówą truciznę, słabość, plugastwo za drzwiami, brak odpowiedzialności za siebie i za swoje czyny, i za swoje życie.

napisał mi słońce, napisał sugar, napisał a ja chcę sobie udowodnić, że tak powinno być. i nie odpisuję od razu, bo jestem zajęta, bo chcę sobie udowodnić, że mam do tego dystans, przecież nie muszę na gwałt odpisywać, mam kilka spraw. czesto to właśnie sobie udowadniam i czasami bywa, że mimo, iż zazwuczaj on odpisuje mi od razu, to czasem jednak zwleka z odpowiedzią.
po godzinie w końcu mu odpisałam, no dobrze, ale nie wiem ile mi zajmie przejazd i kiedy będę miała dokładnie czas. i właśnie teraz oto on nie odpisuje, a ja czekam. a ja mam wrażenie, że za swoje zuchwalstwo zostałam ukarana. nie pierwszy raz.

-
jak mała, naiwna nastolatka, przeżywam prawie każde słowo, przezywam każdy dysonans, doszukując sie podtekstów, drugiego dna. czasami one są a czasami ich nie ma, wypieki na Twarzy są zawsze, lekko przyspieszone tętno, może oddech. nie wszystko można sobie udowodnić.

kwiaty

Brak komentarzy

wracam mysla do sobotniej nocy. nie daje mi dojść do słowa, widząc mój zakłopotany uśmiech „wybacz, brakuje mi dojrzałości” przytula mnie do siebie. czas biegnie, jak zwykle czuję niewygodę wynijakącą z poznawania ludzi na siedząco, kazdy na swoim miejscu bo jest ciasno, nie wiadomo co powiedziec a mi z wrazen odbiera glos i najchetniej poptostu obserwowalabym ludzi.
wracam mysla do piątku. wiesz, bo ja chciałam z Tobą porozmawiać dzisiaj, napisałam Ci i i wtedy zadzwonił mój telefon, chciałam iść dalej do sklepu, bo mamy zakupić prezent dla znajomej, ale on stoi i przecząco kiwa głową. dokańczam rozmowę a on stoi przy swoim, zupełnie jakby chciał naprawić moją głupotę, niezdecydowanie. za moją sugestią i jego inicjatywą siadamy przy piwie, a jednak piwo. pytam o to, jak to w gruncie rzeczy jest z jego stypendium, słyszę od razu, że nie, nie jedzie napewno. on miał już wszystko opraowane, każdy szczegół i był pewien, że pojedzie. i nie chce jechać do Dortmundu, czy gdzie tam miał w zamian za Berlin. zastrzyk rozczarowania. był pewien, i pojawiam się ja, i nic z tego sobie nie zrobił, boli jak cholera, z trudem utrzymuje uśmiech na ustach stały dla mojego onego wyrazu twarzy. nie pomyślał nawet. był pewewien. wiesz, pojawiam się ja, i tutaj ten berlin, rozumiesz, o co mi chodzi? chyba tak. ja wiele rzeczy rozumiem, krótko sie znalismy, ale to wyszlo przy okazji gdy nawaliła Ci rozmowa, jak panienka na kilka spotkań, rozumiesz? rozumiał. empatia nie jest jego mocną stroną, ale rozumiał. był zadowolony, że trzymam rękę na pulsie, ze dla mnie to coś znaczy, że powiedziałam jak się poczułam. nie chcę, żebyś tak myślała, to absolutnie nie tak, poczułam że będzie z tego problem, nie wiedziałem, że to będzie coś ważnego (co? pytam w myślach, nie na głos), potem nie było już kiedy powiedziec. ale cieszy się, że o tym powiedziałam. nie chciałby, żeby było coś międzynami niedopowiedziane, wiadomo każdy ma swoje tajemnice, ale wolałby żeby kwestia nas była nam obojgu znana. nie mówił o tym, ale poczuł dziwną ulgę. tak, jakby się bał mojego zbyt lekkiego podejscia do nas, może próbował takie wrażenie na mnie wywrzeć. ja też odczułam ulgę wyłapując najmniejszą potencjalną nieprawidłowość w tym, co mi mówi. wytłumaczył się rzeczowo, ja pewnie zrobiłabym dużo gorzej, ja pewnie popełniłabym grzech i przełknęłabym to. rozmawialiśmy długo po tym, słyszę jak umiejscowił mnie w planach na bliższą przyszłość, słyszę dalsze sekwencje jego przeszłości i znowu nie rozumiem, i znowu mimo, że nie rozumiem, to się cieszę.

i w dniu następnym jego urodziny. i kwiaty kwitną, a ja tak, a ja ciągle mam wszystko na uwadze. na jedną krótką myśl, gdy pomyśle o jego ustach na mojej twarzy, o tym że po raz pierwszy zapragnęłam mieć te usta, po raz pierwszy w życiu chciałam, by facet mnie pocałował. ale nie pozwoliłam, by to zrobił, wiem, że przez to on chciałby jeszcze bardziej, że przyciągam go tym do siebie. i mnie samą również.
i stoję na przystanku autobusowym, jest mi zimno rano czas rzeczywistość obowiązek szkoła i zimny wiatr, i zimno mi w ręce. na moment odwracam się, patrzę oczami wyobraźni, i widzę jak Grzegorz mnie całuje, obejmuje mnie, jesteśmy sami, dla siebie. szybko zareagowałam; na sekundę impuls podniecenia przeszywa moje ciało między biodrami. urocze, poprostu urocze, i szybko odrywam oczy i znowu jestem na tym samym przystanku, uśmiecham się krótko, dyskretnie, do siebie. kwiaty kwitną, mimo że temperatura jest ujemna.

obudziłam się w południe, w samopołudnie po 6ściu godzinach snu. po całonocnym obcowaniu z Grzegorzem, po tym wszystkim co mi powiedział. leżąc w ciepłej pościeli chciałam, żeby był ze mną i spał obok, w normalnym, wygodnym łuzku, a nie pod śpiworem na dwuch małych materacach, jak to zazwyczaj bywało. tylę się do poduszek, mam ich dużo, każdy Twój sms, ostoja w moim całym popieprzonym życiu, a ja zastanawiam się czy to możliwe, żeby mnie tak perfekcjonalnie wkręcać, czy to możliwe, żeby było aż tak ciepło, tak niesamowicie przyjemnie, widze jego wady, o tym ze „nie pomyslał”, facet, Karola mnie ostrzega i to tez wiem i tez sie boję, wielu rzeczy, przyziemnych rzeczy, ale to jest najmniej ważne, bo teraz jest noc, a ja mam dużo szczęścia, tak dużo że nie moge w to uwierzyć.

podryw serca tworzy nowe obrazy a we mnie wzmaga się pragnienie, by kusić, by sprawić by oszalał. by był tylko dla mnie.

pisze te słodkie słowa, cały czas omijająć myśli gorzkości, które przewijają mi się od rana do nocy. muszę się mieć na baczności, on o tym wie, nic na to poradzić nie można, ja wiem że to dobrze, że to lepiej. najważniejsze, że moge i umiem się cieszyć, najważniejsze że mimo, iż to takie krótkie, nie było mi jeszcze tak dobrze, mimo tego całego zgiełku wokół berlina, wokół jego życia który nie jest moim, nie zapomniałam, pamiętam, ale mimo wszystko.

nic strasznego się nie wydarza, jest w moim świecie spokój, nie ma konfliktów, nie ma psychodelicznych przeżyć.

tylko rozważam co i jak powiedzieć Grzegorzowi. nie umiem sobie wyobrazić, że to się kończy. zły objaw.

dzisiaj po raz pierwszy naprawde padało. przywołuję dźwięk deszczu w myśli i odczuwam ulgę. to się niezmienia, permament pleasure co roku, co wiosna, co jesień.

myślę, że niewielu rzeczy się nauczyłam w relacjach z ludźmi. nie myślę o tym co robię i co mówię, kieruję się emocjami.
to takie nieinteligentne emocje.
-
matka pomyślała o tym, że nie chce jej się już uczyć. jest zmęczona a w kuchni panuje nieład. zaczyna sprzątać, i każdy napotkany kubek wywołuje w jej umyśle haos, swoim jestestwem dostaczając coraz to nową porcję energii, która przekłada się na złość. zaczyna mówić do mnie słowa, przed którymi chcę się schować, ale nie mam dokąd. nie mam dokąd więc krzyczę, żeby ją przestać słuchać, żeby przestała mówić, zamknęła usta. oto ja, córka.

nie jest mi z tym źle. pytam ją, czy ma siłe na takie rozgrywanie kwestii, że zostawiam u siebie w pokoju dużą ilość naczyń do picia. zamiast mi poprostu powiedzieć, żebym je przyniosła i umyła, cokolwiek, ona woli mówić, mówić, kaleczyć słowem wzrokiem gestem ciała. nie moge na to patrzeć, ja nie mam na to siły, mamo, zazdroszczę: bo ty masz siłę tylko na siebie, na siebie na siebie na siebie.

-
przedchwilą mówiłam o braku konfliktu. pewne rzeczy wplatają się w codzienność, absorują światło odbierając je właściwemu miejscu potrzeby. o tym nie myślę.
-

nie wiem czego powinnam wymagać od Grzegorza. od kolegi wymaga się koleżenstwa, od rodziców żeby byli rodzicami, no właśnie, nauczyłam się że czasem nie można wierzyć ludziom, bo to ich sprawa i ich życie, a to, że ja biore w tym udział to tylko mój problem, bo sama się o to prosiłam.

no właśnie?

mam wrażenie, jakbym nie nauczyła się niczego i nie wiedziała nic. z trudem wychodzi mi obchodzenie się z samą sobą i noszenie siebie po świecie, a cóż dopiero rozgrywać się w zestawieniu z uczuciami wobec nowopoznanego człowieka.

słonce

Brak komentarzy

coraz cieplejsze powietrze muska mnie po zziembniętej kilkutygodniowym mrozem twarzy, jeszcze rok temu nie robiło to na mnie większego wrażenia a wręcz przeciwnie, byłam zła na szyderczy wyraz twarzy naszej Gwiazdy, myślałam, że to tak złośliwie.

here comes the sun, a ja oddycham najgłębiej jak się da. otworzyć oczy, poszerzać horyzonty, czytam więc książki i staram się pilnie uczyć, poszukam jakiejś roboty na wakacje, zajmę się sobą.


  • RSS