zona blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 6.2005

dzień humanitarny prac domowych, wszyscy coś robią by było bardziej w ładzie niż w nieładzie, tak poszła iskra w naszym domowym ognisku i uderzył mnie kilka razy, nie patrzył w co; w twarz, w bok ciała i w brzuch, krotko, poprzedzałam jego uderzenia równie krótkimi no dalej, no chodz, no jeszcze raz z kamienną twarzą, potem nie uroniłam ani łzy, wycierałam rozmrożoną lodówkę z ociekającej wody nawet nie trzęsły mi się ręce. damski bokser i znów mnie uderzył, moje ciało jest silne i giętkie, nie czuję bólu poprostu mnie to irytuje. moja kobieta czuje się urażona tak plugawą postawą.

gdyby uderzył mnie mój brat dostałabym niebywałych spazmów, histerii, za dużo w niego zainwestowałam, zbyt mocno się uzależniłam, nie wiem czy to siostrzana miłość, poprostu wszystko straciłoby dla mnie znaczenie.
ale to był na szczęscie tylko mój ojciec.

i możemy się nie znać, idz do roboty nie dam Ci ani złotówki na wyjazd, i traca mnie łokciem w przejści z kuchni w przedpokój ponadsetkę ważący wielki mężczyzna, a ja mówię, że nawet moja młodsza siostra nie zachowywałaby się tak chamsko zaczepnie, jakby to był moj głupi kolega z klasy;

przychodzi wieczór, wieczór niczym most po którym idę bez pośpiechu z jednego świata w drugą rzeczywistość, z domowych czynności i delikatnych aspektów relacji familijnych, do rozemocjonowanych dyskusji w ogódku piwnym zakrapianych dobrym piwem, i odciążenia ramion, i rozważań o abstrakcjach które tak lubię. myję się w gorącej wodzie, ubieram i szybko wychodzę, i już mnie tu nie ma, jest Grzegorz i jest nasza znajoma, pózniej mój brat w kilka osob, część wychodzi po godzinie i przysiada sie do nas Piotr Niedobry, i idziemy w czworkę do pubu Student, bo oni są studenci ja nie ale to nic i po drodze spotykamy kilka kobiet, i na miejscu spotkamy nastepne mieszane towarzystwo. nie kręci się w głowie, czuję spięcie ramion mimo że już jestem w innym świecie, zastawiam się czy poiwedzieć o potyczce Grzegorzowi, nic się nie stało ale to dość spory kaliber więc czemu nie, piwo posklejało mi na tyle papierosy, zastanawiam się zawsze dlaczego choć nie powinnam zawsze po nie sięgam i wtedy ze sklejoną świadomością i otwartą mówię a on się oburza, on nienawidzi i brzydzę się i koniec. nie przychodzie do mnie bo nie chce go widzieć a ja go uspokajam tylko uspokajam no już, było mineło krew nie lała się na odlew nawet nie mam siniaków.

zastanawiam się jeszcze dlaczego nie czuję nic, czy już nie mam do siebie szacunku czy jestem tak wuyzdana, że nawet nie wiem kiedy udaję a kiedy nie.

martwi mnie, gdy mówimy o zdradze angażuję się jakby to mnie zdradzono, czuję jak wzbiera mi się międzynogami obrzydzenie do każdego kto mówił „gdybym zdradził to nie powiedziałbym” i moje idealistyczne światy się rozwijają bo mocno w nie wierzę. ale kiedy chodzi o bierny bocks bo „tata stracił panowanie” nie czuję nic, poprostu nie zdziwił mnie niczym. nie, tak nie powinno być. nie, zła dziewczynka

suk

Brak komentarzy

jeszcze nie po artykule, ale już z zakorzenionymi planami na przyszłość, nowym monopolem. jak grzyby po deszczu, ja k kwiaty na słńcu, anoretyczki na ulicach na lato.

rozmawiałam z Grzegorzem długo i męcząca b owiem z trudem, po raz pierwszy mam mu tyle do powiedzenia, tyle veta, a w momęcie gdy czas rozpocząc zimną wojnę mi brakuje wstępu. napisał mi list, przeprasza, wygłasza co dla mnie i dlaczego dla mnie, i prosi, o cierpliwość o wybaczenie. czytam ten list, on pali palmale light, mam kamienną twarz i on to widzi.

pamietam jak zaczyna manewrować ręką przy moim bucie, gdy mam nogę założoną na nogę i siedzę obok niego w nocy w sobotę, na urodzinowym przyjęciu kumpla z liceum. czuję, że nie podoba mi się to i mu mówię, proste nie ale on trzyma rękę, więc ingeruję cieleśnie ale on używa siły i nie puszcza mojej nogi. dopada mnie to dopiero rano, siłą wyzwalam się z tego dziwnego, „bolesnego dotyku”, „prawie jakby mnie zgwałcił” mówię do Al bliska płaczu i nie zważam na to, że wg osób postronnych to „lekka przesada”. całokształt wieczoru na tarasie urodzinowym, jestem egoistką, bo nie chcę zaspokajać jego potrzeb, jestem niekonsekwentna bo wymawiam mu jego złość a sama nie akceptuję swojej kobietości. to wszystko zlewa mi się w jakiś słaby absurd, taki dziwny dowcip, który miał być śmieszny ale cóż ja mam niestety inne poczucie humoru.

na rozmowie z listem i wyjaśniającej jestem brutalna, jestem bezpłciowa i brutalna, bo nawet ten piękny list niewiele dla mnie znaczy.

nie wiem jaki jest sens wiązać się – zdanie to żałośnie razi mnie w oczy, wylewa na mnie połacie zbuntowanego smarkacza któremu z braku lucku narząd odmawia posłuszeństwa.

przeprasza mnie więc i wyjaśnia, i ma nadzieje, i wierzy, i po raz pierwszy wszystko to, a ja przyjmnuję, bo potrzebuję, po to prawia jak kółko wzajemnej adoracji, i nie chce wierzyć w to że nie da rady, że nie wytrzyma, że powie, iż ma gdzieś układ chodzenia za rączkę z osiemnastoletnią. dziwka.

moje pobudki smierdzą nieprzyjemnie, myślę że jestem sprzedajna, myślę o czymś zupełnie innym jak płaszczy się przedemną, i przytakuję, i zastanawiam się dlaczego mam tak kosmiczne huśtawki, bo jeszcze godzinę temu po całym kawałku niewygodnych słów uśmiechamy się do siebie, bo obojgu ulżuło a jakaś smętna nadzieja tli się w tle. tło. ale dziwka.

newsweek

Brak komentarzy

newsweek, o jedzeniu jako o chorobie, chorobie psyche i jeż się na karku jerzy ludziom, stałam przed lustrem w tej chwili i układałam swoje włosy, żel wcierać i zwinnymi ruchami dłoni wywijać włosy na wewnątrz, nieład, to moda ale nikt nie ma takich włosów jak ja. a zwracam uwagę na włosy

i na nogi, i na pośladki, i na piersi, i na brzuch. stoję przed lustrem podczas reklamy newsweeka w telewizji i uśmiecham się do siebie. mnie to już nie dotyczy, mam pełne kształty, pół kilo więcej niż „minimalna waga ciała”, tkankę mięśniową, jestem zgrabna. no tak, pomyślałam, mamy lato, najgorsza chwila, najgoszy czas dla rzesz dziewczyn, które mając nierówności w podświadomościach wynajdują sobie doskonałą równość w swoich lutrach, i wpadają, wpadają jak śliwki, wpadają jak martwa zwierzyna do wrzątku, i długo nie ma dla nich ratunku, w większości z nich nie ma ratunku już w ogole.

i tylko zostaje im samoświadomość doskonała jak moja, i niedoskonałe ciało, bo jeść trzeba by żyć a wszelkie próby korygowania, wszelkie chwilowe diety lub posiłek niepełen, kończą się upadkiem w poślizgu w dniu codziennym, kończą się bólem, kończą się plugawieniem.

seks

Brak komentarzy

jak można być przytulonym do czyichś objęć? bez sensu, nasuwa mi się szybko i jakże często, ludzie są żałośnie niesłowni, słowa lepią im się do ust, skapują, sponiewierają się na ziemi pomiędzy nogami, strasznie, strasznie tak strasznie odzywa się moje idealistyczne ja.

nigdy nie zaakceptowałam faktu, że ja, podobnie jak większość kobiet na tym świecie z dziewczynek stają się kobietami. trzymam się tej prawdy o sobie, bo wiele rzeczy mi wyjaśnia, choć to przerysowane i być może nieprawdziwe, co z tego skoro mi składa się to w spójną całość. dostałam niedawno krwawiączki, nie widziałam siebie ale wiem to moja twarz miała wyraz zdziwienia. za każdym razem dziwię się, jakie to nienaturalne że na papierze toaletowym jest czerwona farba, co za farsa, co za wymuszenie ludzkości. na zdrowy rozsądek wiem że stać mnie nań, dziwuję się bo nawet mój system hormonalny pracuje na tyle, że te biedne jajeczka dojrzewają. moje małe, niedoszłe dzieci.

rozmawiałam pare dni temu z Al o seksualności, ona jest kobietą – ja nie. bezpłciowy embrion którego natura wyposażyła w dwa wzgórza na klatce piersiowej, z niesmaczymi sutkami na szczycie, takie wulgarne, takie fizjologiczne, a te biora, soczyste, raz jędrne raz nie, zalezy czy pada mi na wzrok czy jestem spokojna i nie mam rozmiarów słonicy – wszystko to niepotrzebne, a dostarcza tylko niewygodnych walorów, konieczności dźwigania tego, noszenia siebie jako całości po świecie.

i zastanawiam się dlaczego, Grzegorz jest tym antyseksualnym obiektem, patrząc na niego czuję jak od środka wypływa ze mnie wstręt do jego męskiej osoby, prawie nabieram odczuć że to nie ma we mnie potrzeb cielesnych, nie ma popędu seksualnego, zaburzenia nie tylko dnia nie tylko jedzenia ale i seksualności, co rusujemy często w puyblicystycznych ksiązkach, pewnie socjologowie już dziś wykładają to na uniwersytetach. ale to ja, to we mnie jest obrzydzenie jakbym po powrocie z przedszkola oglądała pornograficzne czasopismo w ukryciu przed rodzicami, zanim wrócą do domu.

codzienny

Brak komentarzy

od zbyt dużej ilości alkoholu tyję, od zbyt dużej ilości wypalonych papierosów mam posklejany mózg. mój tryb rozumowania po wstępnym ukojeniu używkami przypomina mi mój bieg do autobusu, gdy jakieś półtora roku temu po paleniu trawy chciałam dotrzeć do ostatniego dziennego autobusu: na początku czułam, że moje nogi są w stanie przemierzyć całe kilometry bez zadyszki, po czym nagle brakowało mi powietrza i przystawałam, mając nogi z kamienia. moje myśli przewijają się przez wewnątrzczaszkową strukturę nardzo podobnie.

jestem zmęczona, powinnam chyba dać sobie jakieś prawo do oddechu na świerzym powietrzu, nieskażonym cudzymi tokami myślenia czy zachcianek i monopoli na wymianę poglądów. tak, mam dość, na jakiś czas spróbuję nabrać jasności umysłu, zaszyć się w domu z tuszem kleślarskim a może nawet i farbami, pobyć z własnym ciałem, tylko żeby mnie szlag nie trafiał, jak to ma mniejsce ostatnio, bo „zaburzania” przychodzą z nadmiaru obcowania sam na sam.

leki mam, ale leki już mnie nie lubią. przestałam je brać, i choć mam poskjelany mózg mimowszystko, toć czuję się dozę lepiej. funny.

gdy ktoś patrzy mi na ręce, patrzy przez ramie, nie mogę się skupić, zasłaniam ciałem ekran, nie pozwalam by ktokolwiek bezkarnie, bez karnie pozwalał sobie na moje zaufanie.

chrzań się – i ręce mi opadły. chrzań się, wypowiedziane sucho i krótko, i mój brat zamienia się w potworka z tych dni, które zakopałam w imie „lepszego domu”. zapomniałam, że człowiek jest człowiekiem. ojej. dom, poczułam się jakby ktoś przeciął pempowine łączącą mnie z łonem, chciałam uciec, chciałam wyjść i nie wrócić, bo ostatnia osoba, mój brat, sprzeniewierzyła się. nie mi, raczej mojemu wyobrażeniu, znów rozmowa nie miała sensu, nie było sensu więc biorę odkurzać i odkurzam u siebie w pokoju, zaczynam ryczeć, ryczeć tak, ze boli mnie gardło, że boli mnie głowa, policzki mnie bolą od słonej trucizny łez. przychodzi spokój, i wtedy myślę, że dałam się nabrać, że biorę do siebie, że to moja wina bo to ja decyduje, i myśle że on jest mi potrzbny, potrzebny jak powietrze, natomiast ja jemu nie. nie jestem mu potrzebna i on ma gdzies, bo on nie potrzebuje ludzi. chwila i znowu płacz, płaczę nie dlatego, że jest mi przykro, płaczę bo lekcja tego wymagała.

przychodzi do mnie i bawi się, potem jeszcze rozmowa i z kilku przemian jego mimiki niczym wino słowkie i wino wytrawne zrozumiałam, że stać swoję słabo, ale stać muszę na swoim. nie mam nikomu za złe, że są ludżmi, że ludzkie-nieludzkie nic bardziej zwierzęcego w ludziach niż prawo do niesprawiedliwości, a czemu się tak ze smakiem poddają. Yossarian, ja taka nie będę, ja taka nie jestem.

lepiej, żeby ćpun brał i umiarł w szczęściu niż był dobry i smutny, tak, myślę, ja będę ćpała swoje dobro i wiarę w ludzi i nie będzie mi z tym źle, bo co innego być dobrym a co innego to dobro pakować sobie w żyły.

go fuck yourself, potrzebować ludzi – co to znaczy, wszyscy potrzebują ale żeby reagować na ich strate w taki sposób? bez sensu, mówię w duchu, to wszystko bez sensu, liczę się ja i mój grunt pod nogami, „chrzańcie się”, powtarzam, „go fuck yourself” chodzi mi po głowie cały dzień, trochę tak bezwiednie prawie wymawiam to na głos.

irytacja

Brak komentarzy

znów tu jestem, nogi same mnie niosą pobudzone przez ustrój wewnątrzczaszkowy, znów, myślę gdy nachylona decyduję czy jeszcze i ile, znów jestem zła na siebie, znów to ja zadecydowałam i dokonałam złego wyboru, kierowana wymuszoną słabością i wmówioną „nie zaszkodzi jeszcze troche”. młodsze rodzeństwo naciska na klamke, po chwili szarpie, domaga się żebym otworzyła drzwi bo przecież „myję ręce”, stoi pod tymi drzwiami i wpqatruje się w matowe szkło szybki drzwi łaziekowych, doskonale wie po co tu jestem, doskonale wie dlaczego jestem zamknięta mimo, iż nie korzystam z toalety, złości się bo ona chce się załatwić a ja przetrzymuję łacienkę.
złości się, irytuje ją to. irytuje to wszystkich. powszechna wewnątrzdomowa irytacja, bo ktoś oddycha nie tak jak potrzeba. zindywidualizowana, bo jedynie moja, wewnątrzcielesna irytacja, dla całokształtu niepowinna być szkodliwa, mimo drobnych niedogodności, jak chwila postoju pod drzwiami toalety.

lezę w łóżku i czuję, jak powraca prawidłowe krążenie w moich nogach, kulturalna noc miasta stolecznego byla na tyle kulturalna, zebym z utesknieniem i ulgą przykładała się do swojej pościeli. Zastanowiłam się nad pojęciem ludzi, młodych chociażby, którzy po zestawieniu się z nieprzyjemne pachnącymi fragmentami wypadków losowych, nabierają opornego pancerzyka, wydają się być zgorzkniałymi, zbuntowanymi wobec zastanego. Ale ten bunt nawet jakoś nie energiczny, pasywny. Za często powiela mi się taki scenariusz, zupełnie niepotrzebny cynizm wgryza nam się w wargi.

mimo jedynie osiemnastulat coraz wiecej slyszę, jak ktoś doznaje smaku zycia, zbyt młodo i zbyt mocno, pomyślałam o sobie, że ja w zasadzie nigdy nie zawiodłam się tak naprawde na innych ludziach, że najwięcej szkody wyrządziłam sobie sama, złą postwą, złym sposobem, złym tokiem myślenia. to ja decydowalam o ludziach, to ja nadal decyduje o tym kto pozwala, by mu powierzyć swoje wyczucie świata zewnętrznego, zjedzenie jego poglądów i jego monopolu jako swój, użytek jego rad. to ja wybieralam ludzi ktorym ufam, myślę więc wczoraj że moje naiwno-idealistyczn nastawienie do świata i ludzi mimo wszystko daje mi jakas taka intuicyjna powierzchownosc wnikania i przejmowania ich na siebie, gdy słucham kogokolwiek to jakby przez świadomu filtr cynizmu, który w żaden sposób mi nie przeszkadza bo nie jestem cyniczna, jestem żywotna i pełnia chęci wymiany myśli, pełna wiary we własne przekonania, gotowości by je skonfrontować. gdy już wnikam to w wiem, że bezwiednie wybieram ludzi naprawde sprawdzonych, powierzam im swoje belief, patrząc ich oczyma nie boję się, że to jest surrealistyczne, zupełnie odmienne uzewnętrznienie. Może to ma związek z tym, że myślą podobnie – tym lepiej dla mnie, ich myśli jedzone przezemne są z tym lepszym pożytkiem. myślę wieć wczoraj o rodzicach, że to w zasadzie im zauwfałam i to oni byli jedynimi tymi, którzy pozwolili mi na to, bym spłynęła na kimkolwiek, na nich, z bolesnym upadkiem na ziemię, ale jestem im w jakimś sensie wdzięczna, bo wiele rzeczy dzięki temu zyskałam, dużo dużo więcej zysków niż strat. to jest świetne, mimo czerni dnia, wiem to jest wyjątkowo świetne.

jestem pozytywnie nastawiona, na tyle na ile to możliwe, na tyle na ile jest mi wygodnie i na ile czuję się pewna. nie boli mnie, że nie można „nikomu ufac” – powierzać swoj los mozna tylko i wyłącznie sobie, to naturalne prawa, pogodzilam się z tym i nie jest mi niewygodnie.

no prosze.

idą wakacje, nie mam leków, myślę że pójdę do pracy, myślę że może znajdą się pieniądze na jakiś kurs, ojej.

ogarniam myślą, bo do tego jestem zdolna. wiele razy ogarniałam myślą ludzi którzy wiodą żywot w nieco innym wymiarze niż ja, a jednak mogłam ich przewidzieć, wyczuć. układam sobie całe scenariusze gdy będę mogła dowieźć tego jak bardzo „wiem”. żeby zaraz potem w duchu wymawiać, to wszystko nieważne, to wszystko minie, to wszystko jest wymuszone bo tak chce moje fatalne, fatalistyczne oblicze kobiety.

łzy mi ciekną, bo brakuje mi leków. sama jestem sobie winna. robię wszystko, żeby nie mieć chwili na pomyślunek, zwykła fizyczne praca zamiast chwili refleksji. jestem w tym dobra, myślę, pozjadałam wszystkie rozumy, najlepiej wiedzieć jak wygląda cudze życie, to też wiem, wiem wiem ja wszystko rozumiem. wpółczucie, emparia, czasami czuję się jak stara kobieta, która ma stare oczy stare zmarszczone powieki i stare dłonie i stare zmęczone myśli, ale to tylko czasami, bo przeważnie jestem kimś zupełnie innym, jestem idealistką, jestem wrażliwyą małą i naiwną dziewicą, o dziewiczych oczach, o dziewiczych słowach i myślach i dotyku, i nie wiem nic, bo nie widzę wokół krat. bezsensu, myślę teraz, szlag mnie trafia, zupełnie nie mogę się połapać i nie mogę ogarnać myślą tego co najważniejsze, tylko mi odbija, odbija mi jak małemu dziecku, jak małej dziewczynce która właśnie poznaje czym jest seks. szlag mnie trafia bo nie mogę kierowac sobą, bo moje niewiadomo które pokłady osobowości zyją zupełnie innym, nieznoszącym rozsądku życiem. szlag mnie trafia, bo zawsze musi być nie tak jak chcę, musi być innaczej, trudniej. szlag mnie trafia, bo moje zdolności są nieważne, bo moje doświadczenie jest nieważne, bo moja przeszłość jest nieważna, bo ja czuję innaczej.

nie

Brak komentarzy

w protescie wobec zastananego, doszukiwanie sie dziury w calym, naiwnosc dziecięca, naiwność kobieca, rządza przeżyć, rządza przygód, adrenaliny, drżenia rąk, drżenia warg, niespójnych słów układających się w niespójną całość, tylko zabarwienie emocjonalne to samo, tylko pole magnetyczne jedno i niezmiennie porażające (tylko ja) i umysły spragnione poczuć poczucia bezpieczeństwa, zrozumienia, indywidualności, wyłączności, wyjątkowości, umysł (tylko ja) i (tylko on) i jestem zła na siebie, i myślę, że chciałabym, żebyś nie znaczył dla mnie nic, żebyś nie znaczył dla mnie nic we snach we słowach w poczuciach w książkach ani w muzyce, ani nie zwracam uwagi na pospolitość swoją ani powielanie książkowych dawno znudzonych wątków które zamiast ubarwiać zniechęcają.

czytam książkę o „masie”, czytaną przez Ciebie dwa razy do jednego egzaminu na studiach i myślę, jaki jesteś mądry czytałeś tyle książek po co tylko żeby zdać egzamin, jaka roskoszna muszę być sama dla siebie, myślę zaraz szybko, jakie moje rozumowanie jest śliczne, silly girl, niewinne, czuję się tak żałośnie mała i nieporadna, że całokształt mojej osoby który choć wiem, że okazały, że który choć wiem, że gdybym miała pewność siebie, pewność siebie, pewność, że co powiem bedzie takie jakie być powinno.

drżenie rąk i warg i nie chcę, żeby kończyła się lekcja historii nigdy.

Przepraszam, Grzegorz.


  • RSS