zona blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 8.2005

zaczac czas

Brak komentarzy

pisze żadko, za żadko aby sprawy istotne mogły być analizowane tutaj na bierząco, czytam Dostojewskiego i on, on i jego zaskakująca swoją wnikliwością proza pobudza mnie do rozważań. W domu wielki i cierpki konflikt między mną a Arturem, miał swój moment kulmijacyjny wczoraj w nocy. budzę się koło 4rtej, często tak jest, jeszcze ciemno za oknem a ja widzę światło w przedpokoju i dobiega do moich uszu dźwięki z telewizora – Artur siedzi i pisze na komputerze. wstaję, nieprzytomnie ledwo stoję na nogach i opieram się o ściany żeby się nie osunąć na ziemię, oczy mam od zbyt długiego noszenia soczewek posklejane, pić mi się chce jakbym nie piła kilka dni: wchodzę do kuchni
-Artur, budzisz mnie tym telewizorem i włączonym światłem – i on zaczyna swój wywód pt.”robie to samo co Ty – sram na innych” – nie no poprostu nie rób tego, mówi dalej ale ja tylko odpowiadam – dobranoc, dobranoc
wstaje ojciec, zapala światło ku mojej irytacji gdy w łużku już byłam, podnoszę się, gaszę i trzaskam drzwiami bom zezłoszczona i senna a wtedy on, Artur po wymianie zdań negatywnych o 4rtej nad ranem i rozespanym ojcem znów zapala światło – nie okazuj swojej słości w ten sposób, pouczać mnie będzie myślę i prawie kurwicy dostaję tato, on zapala światło mi na złość no co to ma byc no?! ojceic pyta: o której mam Cie obudzic, mój drogi w złości bo wiadomo, że i tak i tak drogi wstaje po 12 popołudniu: budzi się matka, budzi się moja młodsza siostra

nie mogłam zasnąć. od czwartej nad ranem przelerzałam rozważając o swoim bracie i o tym, co właściwie sie z nim dzieje do jakiejś szustej, gdy już robiło się jasno na zewnątrz. w akompaniamencie rannego ptactwa układałam monolog, jaki wykorzystam w wyklarowaniu sytuacji, jaka istnieje od kilku dni i z którą nie daję sobie rady – o czym on wie.

jutro.

powroty

1 komentarz

wracam do domu po tygodniu yachtingu na mazurskich jeziorach zmeczona i radosna na mysl o cieplej herbacie, która czeka na mnie w domu. w progu z usmiechem widze ojca, zadowolona, ale ku mojemu zdziwieniu on sie nie cieszy. co jest? ano jest to, że wszyscy sie denerwowali strasznie. bo tata zle zrozumiał, tata kasi nie sluchal bowiem kasia zawsze głupoty mówi, tata kasi zrobil raban bo ma nieodpowiedzialna córke. ale ku mojemu nie-zdziwieniu na telefon komórkowy nie zadzwonil nikt. a on tak patrzyl na mnie, ta biedna komureczka, i tak zastanawialam sie czy znowu wejde do domu po kilkudniowej nieobecnosci i zostane zapytana „a Ty gdzie bylas?” i gdy tlumacze sie i przepraszam (ale za co, tego nie wiem do tej pory) okazuje sie, ze i tak i tak nikt nikogo nie slucha, wszyscy maja swoje racje, swoja religie, swoje obrzadki i kult monopolu na przewalenie się z dnia na dzień.

jest mi przykro, padam na luzko zamiast zatapiac sie w lekturze przy cieplej herbacie, albo dokonczyc rozważania o ciężkiej przyszłości na studiach, które to rozważania rozpoczęłam na łudkach będąc. padam i zasypiam momentalnie, czuję głód, czuję, że wróciłam do domu, czuję się zimno, ale jutro też jest dzień. a zobaczyć mi się z Grzegorzem, do którego wyciągałam w myślach ręce gdy ktoś grał na gitarze i śpiewał „Sweet Home Alabama” bo to zawsze Grzegorz śpiewał, a nie jakiś Kuba czy ktokolwiek inny. osobliwe to uczucie, gdy dwie pary sa na jednej łudce, i dwóch singli i ja samotna, bez mojego Mężczyzny, tesknie to chyba dobre slowo, bo choć wydawało mi się, że tęsknić nie umiem, to co chwile które dosięgały mi do środka świata przypominały, że jest odemnie daleko i mi się to nie podoba. i jutro już pójdziemy razem się przejść, porozmawiać, do problemów egzystencjonalnych jego i moich, bo z kim mamy je opłakiwać jak nie z sobą.
zobaczę też Al, pójdziemy na rower, bo żyję aktywnie. będę czytała książki, artykuły, przejrzę kursy na studia, powtórze materiał, zrobię pranie..

nie ma dla mnie jedzenia, o.

konflikty. agresja i pretensja w głosie. dlaczego, dlaczego, dlaczego. nikt nikogo nie słucha, mój ojciec zmienia poglądy na mój świato-stan w zależności od tego, jak mu wygodniej. myślę, że alkohol zrodził mu dziury w mózgu i odbiera jasność. nie ma znaczenia co mówi mój ojciec, za jakiś czas zmieni zdanie i będzie o nim przekonany i nie będzie słuchał mojej argumentacji, a argument, że wcześniej mówił inaczej absolutnie dyskfalifikuje mnie do dalszej dyskusji na dany temat.

obiecuję sobie, że nie będzie pretensji z mojej strony, że zostawię to tak, że rozmowa nic nie zmieni, tłumaczenie i wyjaśnianie niczego nie naprawi, że dialogu nie ma, bo ..każdy ma swoje obrządki i kulta i światy i ma innego światłostan gdzieś. ciaglę sobie obiecuję i ciągle naiwnie mam nadzieję, że jeszcze da się zrobić coś, i znowu sobie obiecuję, nigdy więcej, i znowu naiwność i znów nigdy więcej.

jak mało pamiętam. mało i dużo zarazem, obudziłam się w momęcie, gdy pełna księżycowa tarcza właśnie była pośrodku fragmentu nieba, jakie widziałam z otwartego okna. pamiętam że uśmiechnęłam się w głębi duszy. sniło mi się, że Michał był blisko, byliśmy razem gdzieś, gdzie było dużo ludzi, był alkohol i jakieś ciche rozmowy.
potem był księżyc.
potem chciałam, by sen nie przerywał się, by trwał dalej. i tak znowu było dużo ludzi, a ja siedziałam obok niego na fotelu, siedziałam przytulona do niego i rozmawialiśmy o czymś bardzo ważnym, dla mnie, mówił to, co chciałam usłyszeć. było mi ciepło i dobrze. oboje ubrani byliśmy na ciemno, gładził moje włosy.
szukałam dla siebie jakiegoś stanika, jakiejś bluzki, i schowałam się w toalecie, by się przebrać, ale coś było nie tak, nie chciałam mu się pokazywać więc czekałam. mineło dużo czasu a on musiał już iść, już wyjść, wyjechać, uśmiecham się że wpadło mi do zlewu i nie mogłam wyciągnąć
musimy więcej rozmawiać, uśmiechął się do mnie, następnym razem musimy w końcu usiąść i spędzić ze sobą dużo więcej czasu.

wjechał do Irlandii. pracuje jako barman, a ja wczoraj w autobusie rozmyślałam, że nie należy do mnie i chyba nigdy nie należał, choć to niewytłumaczalne. wyjechał do Irlandii gdzie zarabia pieniądze, poznaje ludzi, poznaje irlandzkie piękne kobiety i wynajmuje z nimi hotel albo one zapraszaja go do siebie.

-

rano miałam wybór, iść na rower przed śniadaniem czy jechać z matką na zakupy. wybrałam to drugie, co okazało się błędem. bo jestem wielka, jestem oblepiona ciałem, jestem oblepione złem które mnie spotkało. oddycham głęboko i próbuję nabrać dystansu do myśli, że w tym momęcie mogłabym w chłodnym parku wraz z ruchem pedałów nabierać w serce spokoju, spokoju i wigoru by nosic się po świecie, a zamiast tego jadę samochodem i biczuję się grubymi kurwami. ciało mnie oblepiło a myśli wgryzały się w każdą najmniejszą szczelinę, w każdy neuron, weszłam czym prędzej do domu obwieszona zakupami (chociaż tyle wysiłku) i szybko wbiegłam do łazienki, z obrzyzeniem dotyku swojego ciała zrzuciłam spodnie, bluzkę, stanik i ze łzami w oczach weszłam do wanny, puściłam wodę. była chłodna, była prawie zimna. poniżenie poprzedz wepchnięcie mnie do wanny i spuszczenie wody. woda, prysznic. zaczęłam walić w scianę, krzyczeć z zamkniętymi ustami. ktoś naciska klamkę coś mówi, zaraz! i zaczynam się myć, mam ochrypnięte gardło od płączu i czuję jak pęka mi głowa. to obłęd, nie jem słodyczy, nie jem dużo, jeżdzę na rowerze i puchnę, oblepiam się błotem które przywiera mi boleśnie do kości. jem bo nie mogę zapomnieć żeby nie jeść, inni jedzą byle jak a ja dbam, i z tej dbałości jestem roz… to straszne, to mnie przerasta, chcę czytać, chcę by moja uwaga była skupiona gdzie indziej, chcę by wreszcie dla mnie co innego było ważne a nie to, czy i ile czegoś zjadłam, czy nie przytyłam, dlaczego przytyłam, dlaczego jak o jedno kilo moja waga mnie nienawidzi burzy mi się cały system, dlaczego, nie rozumiem, nie wiem, mam dość jestem zmęczona, tyle razy to pisałam, od dwuch lat na przemian albo dni gdy słońce jest w moim świecie albo gdy ciemność zabiera mi powietrze

_

Brak komentarzy

wystarczy nie mysleć
wystarczy nie patrzeć

wystarczy nie żyć

coelho

Brak komentarzy

nie lubiłam Coelha. pisał zbyt prosto, nie lubiłam też i małego księcia. bo choć starałam się bardzo, nie mogłam dostrzec w tych książkach nic głębokiego, nic, co nie byłoby zauważalne od razu. aż do rąk wpadła mi jego następna książka, wydana może dwa lata temu, o okładce którą dobrze znałam z witryn reklamowych czy broszur księgarni. pochłaniam ją nawet nie zauważam kiedy. autor osiąga to, co chciał osiągnąć: jakże mocno identyfikuję się z Marią. wiem, że dużo się nauczyłam osiągając granice swojej cielesności, myślę, że trzeba teraz wysunąć jakieś wnioski. nie chodzi o nadmierny ambicjolizm, ale ja muszę być najlepsza. zastanawiam się kim będę mając 23 lata. nie będę mieszkała z rodzicami, nie będę myślała o tym, o czym teraz myślę. nie będę wypominać sobie błędów, moja uwaga skupi się na naukach z nich wyciągniętych. snuję plany. Cortazar i Maga, choć książka wyższego uduchowienia nie popchnęła mnie w ten wir, może dlatego, że nie dorosłam do niej. jestem jeszcze młodą, osiemnastoletnią dziewicą, która do bólu zna absuralne strony swojego życia, a tym, które winnam już znać na wylot, dopiero się przyglądam. potrzeba mi czasu i rozważań. potrzeba mi spokoju, czasu i rozważań.

i książek. Coelho, to brzmi jak podrecznik.

ruben to bardzo ładne imię. ruben to symbol, czarny na białym, to żałosne się przyrównywać, ale do czegoś muszę.

jakieś takie światło.

białe.

mama spi. tata pije. i je. mój tata jest gruby.

muszę to tu przelać, znowu, choć robiłam to tyle razy. ile razy pisałam o tych cyrkach.

stoi z trudem, bo jej ciało rzucają emocje, głowa jej się trzęsie, patrzy na Ciebie z grymasem największego obrzydzenia, patrzy na Twoją twarz ale tak, jakby patrzyła gdzieś daleko. zrobiła dla mnie wszystko. dała mi życie, wychowała mnie, próbowała pokazać czym jest dobro i jak się nim kierować. ale wpadła w alkoholizm, bo była sama. bo wiedziała, że ją zdradza, że ją wykorzystuje, że ją wykorzystali. że cały świat wie. potem, potem jak wiedziała już wszystko, wpadla w depresje, a teraz jest na skraju wycieńczenia. ma dziury w mózgu. powtarza ciągle to samo, że ma w dupie, ze pierdoli, żebyśmy się pierdolili, że wyjdzie, że jebał, że kurwiszon, a twój braciszek, że ja też, że my też, że pierdolił skurwysyn, że dziwkę, że zobaczysz, jak Cie wyjebią, zobaczysz, zaskamujesz, powtarza co od niego usłyszała, powtarza będąc w upojeniu alkoholowym. odpierol się. bo ją wyruchali. bo

macha rękami. wychodzi. krzyczy, ciągle krzyczy. chwile jej nie ma, ale po tej chwili przybiega i znowu krzyczy. ojciec wychodzi z domu. temu to dobrze, myślę, myślę że nie mam gdzie iść. siostra ze mną nie pójdzie, nie mogę jej tutaj zostawić. a mama, mama chce wódki. moja mama była piękną młodą kobietą, intelignetną, ambitną i dobrą. wychowała się na wsi. na wsi wszyscy byli z niej dumni. była pierwszym człowiekiem, który ze wsi dostał się do miasta, który skończył studia. potem praca, kierowniczka znanej knajpy. dobrze postępowała z ludzmi. potem zamążpójście, potem trójka dzieci. potem śmierć za życia. i nikt jej nie pomaga. dzieci, w szczególności ja, dały dupy. Artur wychodzi. żyje wśród ludzi, nie wraca po kilka nocy, jest za ojcem, bo ojciec nie krzyczy i żadziej wygląda tak, jak mama wygląda dzisiaj. tata jak wypije poprostu źle pachnie i je. i śpi, i ma dobre samopoczucie. mama jak wypije źle pachnie, i pali. śpi też, ale zamiast samopoczucia jest psychodeliczna burda, krzyk wyzwalający najplugawsze słowa jakie można słyszeć od rodzica i o rodzicu.

o sobie również.

zastanawiam się, co mogłam zrobić. chciałam, żeby się leczyła. przyniosłam jej telefony. słuchałam ją, póki nie wychudłam tak, że przestałam ją słuchać. zastanawiam się, co mogę zrobić. nie mogę na nią patrzeć.
widzę ją, teraz śpi. wiem, że nie zda egzaminu, że nie zacznie życia, jeżeli sama nie zrozumie, że potrzebna jest jej pomoc. nie mogę jej zamknąć. nie mogę nic zrobić. to, że wyniosę się i zamieszkam z Grzegorzem będzie albo jak kubeł zimnej wody, albo jak wyrok.

chciała, żebyśmy porozmawiali o tym z ojcem. to jest straszne, wie że chciałam, żeby się wyniósł, powiedziała mu. ale nie może tego zrobić. najbardziej prozaiczna kwestia jest kwestią finansową.

osobliwe jest to uczucie, gdy mijasz śpiącego zapitego starszego człowieka na łąwce w parku, albo przeszedł marszałkowską obok Ciebie, dobry człowiek albo zły człowiek, któremu miało wyjść a nie wyszło.
takie wieczory jak dzisiaj, gdy przechodzę obok takiego człowieka, i czuję po zapachu swoich rodziców. how sadly. oh dear, how poor u are. nie, poprostu piszę.

teraz i kilka razy ja nie wytrzymałam. moja młodsza siostra od razu łapie za jedzenie, jest tak gruba jak mój ojciec. on też łapie za jedzenie. a ja, a ja jeżdzę na rowerze. skrzypi niemożliwie, ale ja mam disckmana. wsiadam i pedałuję, przyjemna i najprostrza ucieczka przed myślotokiem, którego nie potrzebuje, i który daje za wygraną, i już nie straszny mi tata ani mama.

kochana

Brak komentarzy

nie mogę znaleść dla siebie miejsca, ani samej, ani wsród ludzi. głucho i drapiący głód emocjonalny wobec Al, Al która jest a której się bałam, kiedy jest a jeszcze bardziej jestem przerażona, gdy znika, więc w końcu w wolny dla mnie i dla niej wieczór, gdzie noc i alkohol rozjaśni uczucia i wyklaruje te nie wygodne bruzdy, spotykam się z nią żeby wreszcie wyjaśnić to, co czuję, wyprostować nierówności które odbierają mi powietrze: myślę że muszę coś z tym zrobić, bo jeżeli tutaj będą dziury, to wszędzie będą. tych dziór z braku siły i braku odpowiedniego momentu nie wypełniałam na bierząco.

bo oprócz Al zawala się, zawalił się mój system, wali się moje pojmowanie domu gdzie wiecznie odgrywana rola czarnej owcy wchodzi mi prawie w krew, nawet mój artur mnie nie lubi, myślę że to z frustracji jaka dopadła go po powrocie do domu, bo ja jestem taka jaka byłam. a tylko spokojniejsza, chciałam być, chciałam wprowadzić pierwiastek normalności do domu, ale cóż niestety, moje intencje rozumiane na opak powoduja, że wszystko, wszystko traci znaczenie

siedzimy z Al przy piwie i nagle uśmiecham się znacząco – bo ja chciałam z Toba porozmawiać o czymś innym, słucha a ja zastanawiam się, czy powinnam obarczać ją swoim kłopotliwym stosunkiem do niej.

powracam do naszej „konfrontacji” z pragi (bo naciska, żeby mówić, nie ma odwrotu).
- bo, zrozumiałam, że jest w Tobie coś, czego nie znam, coś zupełnie obcego. że zawsze było tak, że coś nie gra i wtedy tłumaczymy i rozumiemy, i nigdy nie było czegoś takiego jak nie-rozumienie. a wtedy w Pradze, w tak decydującym momęcie, było zupełnie innaczej, było wybacz ale poczułam się troche tak – znów wybacz, – jak w domu, gdy tłumaczę jak mogę najjaśniej a i tak nie jestem rozumiana, i choć znam to na codzień, to jeżeli chodzi o Ciebie, to mnie to przeraziło. to obłęd, nie powinnam lokować w Tobie tyle uczuć, trochę jakbyś nie spełniła roli matki, którą Ci narzuciłam – tłumaczę z długimi pauzami, bo tak jest kiedy człowiek czuje, że nie powiedział wszystkiego, ale nie wie, co powinien powiedzieć jeszcze – ale wiem, że to moja sprawa i musze się nauczyć traktować Cię innaczej.
to też ta rywalizacja, – dodaję jakby po chwili – która nie jest rywalizacją samą w sobie, tu chodzi o wyścig mnie samej z sobą by wyrównać poziom, by być ramie w ramie a nie w tyle, jak się cały czas czuję

uśmiech na jej twarzy
- wielokrotnie widzę w Tobie wzór, do którego dąrzę – mówi, uśmiecham się bo – przecież nie masz powodu.

pyta mnie na czym polega ta rola matki, a ja wracam do Pragi, do złości którą mi okazała. wspomniała co jej wtedy powiedziałam, co wtedy jej przypomniałam sprzed może dwuch lat, że nie okazuje mi złości bo za bardzo jej na mnie zależy.
- ta złość, która wyszła po raz pierwszy – mówi Al – bo zawsze się chamowałam, miałam potrzebę ale się chamowałam bo bałam się, że Cię skrzywdzę.

myślę nad tym, co do mnie mówi nie mogąc wysunąć wniosków, a ona mówi dalej – to było otwarcie się na Ciebie mojej osoby od tej innej strony, to było bardzo odważne dla mnie. myślę, że tak po raz pierwszy, że było to dla Ciebie szokiem – tak, odpowiadam, bo tak było w istocie. przelałam litry łez, wtedy w pradze, bo nie rozumiałam bo strasznie się bałam, bo, no właśnie, bo byłam w szoku. jak małe dziecko, choć to tłumaczyłyśmy wtedy i nie było rozumienia, a ja klarowałam to jak tylko starczało mi merytorycznej manipulacji faktami i słowami, wszystko od A do Z, żeby dać wyrozumiałość na strach który był niezrozumiały, był cholernie głęboko, któremu nie umiałam sprostać, ukrócić, wypalić.
- boję się Twojego rozsądku, tłumaczenia rozsądnego tego wszystkiego.
- to naleciałość po ojcu wiem też jej nie lubię, – przyznaję jej rację – to taka funcja obronna, przecież nie mogłam Ci wtedy powiedzieć, że nawaliłaś jako matka.
bo nawet tego nie wiedziałam, pomyślałam.
zabawne, ale z biegiem czasu tłumaczenie tego, co się stało zdarzyło zmieniło między nami przeinacza się w znacznie trudniejsze, jakby relacja nabierała komplikacji. kiedyś wystarczyło siąść napić się i wyjaśnić, i już było czysto i schludnie, a teraz potrzeba kilku dni kilku nocy na przemyslenia, kilku snów, żeby zacząć, żeby próbować dojść i ten dystans między startem a metą jest dużo dłuższy niż kiedy byłysmy młodsze. już nie przyjażń, jeszcze nie kochanie,
- pamiętam jak pracowałam tyle czasu na to, by być w gronie ludzi z klasy a Ty poprostu związałaś się z Adamem i mialaś to od razu, pamiętam jak chciałam poczuć się ważna i iść tylko z Tobą, iść poszukać spodni, a Ty chciałaś wziaść go z sobą, potem płakałam przy Robercie i byłam zła, bardzo zła bo nawet nie umiałam Ci tego powiedzieć – mówi, a ja się dziwię i podziwiam, bo ja tego bym nie wytrzymała, milcząc.

pamietam z tamtego okresu jak bardzo chcialam, by mój związek wyglądał tak jak jej, ciągle porównywałam ich do nas i tak, jak czułam, że ona odtrąca mnie dla niego – co wydawało mi się naturalnym nieuniknionym biegiem rzeczy – tak ja pod przymusem rozsądku próbowałam ją odtrącić.
to jest coraz silniejsze, coraz bardziej skomplikowane, coraz większe uzależnienie, strasznie uzależnienie od drugiej osoby. tłumaczę, że – rozumiem bo tak jest, jest przyjaźń ale przychodzi miłość do innego człowieka, i wtedy tworzy się nowa rodzina, inna ważniejsza relacja, ale ona zaprzecza. że ja przedewszystkim, że wtedy na sylwestra, kiedy nie wiadomo co z nami a ona w końcu wybrała Roberta i jego znajomych, nie mnie i nie moje mieszkanie nie miałam żalu bo wiedziałam. Ona wtedy powiedziała mu, że jedno moje słowo a spędza go ze mną. i że tak jest i dziś. i pamiętam smsa po pradze, gdy zmiany między nami tętniły plugawym życiem we mnie, i wtedy napisała „do cholery, dlaczego nie jestes facetem?!”. i to jak się mi przygląda, i to jak czuję jej spojrzenie na sobie, i to co chcę jej powiedzieć, o czym pomyślę a ona to wypowie na głos i ja też, i co ja powiem a ona pomyśli, i to wszystko, i więcej

jak dla każdej kobiety, szczegóły i niespokojne chwile przed snem, i

pocałunki te najpiękniejsze, najważniejsze i najbardziej pragnione, zlewają się w nienaturalnie silne uczucie do ukochanej osoby. kobiety, do Al.

Kochana, słyszałam to jak szłam tu i tu, te słowa piosenki, mówi Al – chyba znam – na pewno znasz, to śpiewała Przemyk i Nosowska, weź sobie do serca tekst piosenki, mówi a ja czekam, aż będę mogła je wziąźć

i dziś usiadłam i wzięłam i odsłuchałam, i odsłuchiwałąm utwór przez kilkanaście minut bez przerwy, aź musiałam skończyć by nie słabł sentymentalny oddźwięk. czułam, jak zbiera mi się na łzy, jak bardzo czułam, że nie pozwoliła mi bym roztrzaskała skroń o niedobry świat i jak zawsze stanę dla niej w progu na samą myśl, że ma przyjść, i że razem, razem pod wiatr jest łątwiej a bez tego już dawno by mnie zmiotło, zmiotło pod każdym względem, zmiotło, ale jestem, a moje jestem jest absolutnie nierozerwalne z nią, bez niej mnie nie ma.

dzień. dzień jeden. dzień drugi. dni. dni wczorajsze, dni jutrzejsze, nieodwracalnie w tył i w przód. do przodu. a na przedzie motywacja, która wywołuje przód sam przez się. koło, prawidłowe koło, koło niezbędne.

do you see what i see?

obudziłam się z niepokojem, z myślą o śniadaniu. z myślą o tym, przed czym uciekam niczym małe rozkapryszone dziecko przed tatą z narzędziem kary. takie uczucie najcześciej ma towarzysza pod postacią dwóch, trzech kieliszków dobrego likieru, mniej dziecięcy obraz, ale dla dziecięcego świata, dla słodkiego snu, żeby jeszcze z niego nie wychodzić, pozostać w cieple.
ale nie, trzeba się podnieść, z ciepła w zimno, z ciemności w rażący ultrafiolet. podczerwień. wszystko jedno.
nosiłam się z trudnością. nie mogę czytać, nie mogę stać. wieczorem trzeba wyjść, dzwonię do Grzegorza – jest koncert Jazzowy, miedzynarodowy plenerowy jakby to mnie intersowało, mówię Arturowi, weź kogo będziesz uważał. Katia, Katia słyszę, ale nie liczy się nic pozatym, żeby jak najmniej myśleć.
jestem spóźniona, wysiadam pod mostem przed placem zamkowym. co za zbieg okoliczności, że na nich trafiłam. dużo ludzi. zawsze spragniona tłumu wokół siebie, ludzi za pomocą których wydostaję się na powierzchnię.
potem jeszcze oni, Grzegorz, moja Al i Robert, stoją i konwersują, nie widzą mnie jeszcze, ale ulega to zmianie i witam się. wygłaszam jakieś prozaiczne kwestie, pilnuje by nie złapać wzroku, nie zniosłabym go.
koncert był, było piękne niebo i różnorodnie układające się chmury, słońce po deszczu, powietrze po deszczu, dachy po deszczu, jazz po deszczu. polyster, siadamy wszyscy, ucinam krótką przyjemną rozmowę, nie patrzę na Al a jednak widzę jej oczy, oczy Roberta, rozmawiają o mnie może się dziwią, a mi jest głupio nie powinno mnie tutaj być.

koszula, daj jej koszulę, okazuje się ze Robert ma wolne mieszkanie ale ona nie ma pirzamy, nie ma nic, a nie moze wrócić do domu. umowa jest taka że oficjalnie jest u mnie impreza spontaniczna, i już ich nie ma, nie chcę żeby palił przy mnie, ja rzuciłam, a mi tak bardzo chce się palić, i mój facet poprostu nie chce rezygnować z tej przyjemności.

jest mi nie dobrze.

to i my lecimy, dopytuje się o co chodzi ale on nie chce rozmawiać, nie chce mówić o tym co go gryzie. czuję jak mi przeszkadza ta znikoma ilość alkoholu we krwi, bo się rozklejam, na placu zamkowym się rozklejam, idę metr za nim i znowu, łzy, łzy z bezradności. odwraca się i widzi, jak robię nieporadne uniki, zostaw mnie, daj mi spokój ale obejmuje mnie i trzyma mnie za mocno i mam nogi z waty i wybucham bezsilnym placzem.

nie boję się fal, poprostu nie mam siły pływać.
czasem nie mam siły pływać.

wracamy nocnym i już jestem spokojna. już, już nie ma, rozmawiamy bez emocji. przeprasza mnie nie wiadomo za co, ja jego tez, nie wiadomo za co.

dziś wstałam, bez niepokoju i bez kieliszków. śniło mi się, że chciał mnie zgwałcić mój ojciec, zastanawiam się co śni się kobietom, które zostały naprawdę zgwałcone.

artur.

1 komentarz

puszcza Raz Dwa trzy, siedzi przed komputerem, a na pulpicie ma tekst piosenki i odtwrzajacy winamp. siedzimy obydwoje w kuchennej ciemnosci rozjasniajacej sie watlym swiatlem telewizora The Godfather 2, i komputera, teraz słyszę Renate Przemyk
-co Ty sie tak rozmydlasz? – w polusmiechu, bo przeciez znamy zabarwienia emocjonalne utworow, ktore puszcza podczas filmu, bynajmniej nie z nudow – rozmydlam? – zapytal
-puszczajac co lepsze kawalki – dobra mina do zlej gry
-a co mam puszczac, slabe? – odpowiada rowniez w usmiechu
-wiesz, lepsze moga byc rownie niebezpieczne – na co sie jedynie usmiecha i siada spowrotem przy mnie przed telewizorem

zupelnie jakbym to ja sie bala watkow w tekscie i nasuwajacych wnioski wersow, i bala sie myslec, bo to fakt, od jakeigos czasu robie wszystko, zeby nie poswiecac czasu na zbedne, niebezpieczne pytania

siedzi w fotelu w duzym pokoju bo nie moze juz wysiedziec przy stole, wrocil przeciez wczoraj po krymie i bieszczadach, spal caly dzien, teraz mamy 2ga w nocy i jest tak spiacy, pyta mnie stamdad czy ogladam? moj brat jest w stosunku do mnie minimalista, na bierzaco zastanawiam sie nad jego ruchami, zapytal czy ogladam z drugiego pokoju ledwo doslyszalnym glosem, jakby zalezalo mu na odpowiedzi.
przyszlam do niego i usiadlam obok. dopowiada do filmu niezauwazalne dla mnie szczegoly, pomaga by zrozumiec skomplikowana konstrukcje fabuly.

film sie konczy,
-Spac. – mowie, jako imitacja jego rozsadku, ktorego nie brakowaloby mu w tej chwili bezemnie
-tak. – jego krotkie tak, pomyslalam juz lezac w luzku, ze przeciez mogl mnie olac, mogl nic nie odpowiadac

zastanawiam sie nad moim pojmowaniem mojego brata, pelna wyczullenia na szczegoly uwaga, strach wpisany w slowa i gesty gdy tylko czuje ze jest w gorszym nastroju, a spijam jego minimum uwagi kktore mi poswieca, jakby to bylo tak wazne, najwazniejsze.

Artur stanowi dla mnie dom. pomyslalam, ze lepiej, zeby nie wracal. dlaczego myslal, ze trudno nie wierzyc w nic i byl tym, kim chcialby byc, dlaczego w takiej zmeczonej bezczynnosci, przecciez wiedzial ze jestem, obnazal sie, oboje sie obnazamy muzyka przed soba tak naprawde nie rozmawiajac o sobie.

nie lubi

2 komentarzy

artur nie lubi wielu rzeczy, a jedna z nich jest pogrzebywanie zwłok przyjaźni. umaczania dodatkowo rąk w jej totalnej śmierci. towarzyszenie w ustalaniu reguł, tam się urodziła a tu zdechła. wszystko kiedyś się kończy. co z ogrzewaniem ztęchłych kotletów? co z wymywaniem spleśniałych kiełbas ludwikiem?
jakby intuicyjna świadomość, nie-fizczne połączenie często nieuświadomione nawet przez rozum, było jak ceglany most, który buduje się w ramach potrzeb socjalnych lub niszczy, w ramach potrzeb anty-socjalnych. jakby uczucie „przyjaśź” jakby było materią a nie, czymś uduchowionym.

myślę, czy nie odgrzewam kotletów z właściwej mi pobudki, że muszę poczuć jasność, klarowość między mieszaniną grochu z popiołem. i czy zaprzestając tego, dalej robiłabym tak, jak czuję, że powinnam, czy nic by się we mnie nie zmieniło, z mojego pojmowania pewnych rzeczy.


  • RSS