zona blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 9.2005

nico

Brak komentarzy

-ale co czujesz w tym momencie? – bo po mojej twarzy nie widać emocji. spoglądam na nią znam to pytanie, setki razy mi je zadawano. uśmiecham się w odpowiedzi, nieco by wyzbyć się ironii.

ma przyjemną twarz.
dlaczego się uśmiechasz? – pyta, ale nie jest to pytanie z zestawu psychoanalityka
co miałam jej odpowiedzieć?
-ma pani miły wyraz twarzy.

a takiego zwykłego pytania o emocje? nigdy nie umiałam zadać go sobie samej.

pokazuje mi, jak chce mnie zrozumieć; po raz pierwszy nie spotykam się z tym, że ktoś naprawia mi moją rzeczywistość, usprawnia ją i dobiera jej właściwe funkcje. Dorota prosi, by się cofnąć: jeszcze raz, marszczy brwi. zastanawiam się, czy nie przesadza.
mimo wszystko, to przyjemne gdy ktoś oprócz gotowego monopolu wydobywa z twojego jakieś prawidłowości. a układając to, co nieprawidłowe, robi to przez pryzmat całości mnie a nie całości prawd (prawie populistycznych, aczkolwiek to populista żyje).
wydobywając prawidłowości nie gniecie tego, co uzbierałam.

prawidłowości są stałe przecież każdy ma takowe. bez takiej przeźroczystej stałej constans człowiek zagubiłby się i unicestwił już w pierwszych dniach patrzenia na ten świat.

alkopsyche

Brak komentarzy

chciałabym dostać numer jakiegoś pogotowia psychiatrycznego – mówię z przekonaniem do spikerki w słuchawce 118913, podaje mi kontakt na jakiś Prószków bo w Warszawie nic takiego nie funkcjonuje. – no to pogotowie, praga południe – choć wiem, że to bez sensu, że nie zadzwonie ani tutaj, ani tutaj, że poprostu to jak wyrzenie swojej matki w otchłań ostateczności. dobrze znam wyraz jej oczu, gestykulację jej ciała w którym zamiast organów jest jedno wielkie kłębowisko plugawego rozgoryczenia nienawiści żalu i obrzydzenia każdym dniem. chcielibyśmy, żebyś przestała chcielibyśmy, żebyś przestała chcielibyśmy, żebyś przestała mówi artur z narastającym natężeniem agresji w tonacji głosu, jego twarz jest purpurowa, matka rzuca w nim jakimiś porcelanowymi, kolotowymi wazami do owoców, następnie szarpie się niczym rozszalałe ciele w uściskach młodszej siotry, której twarz również nabrała purpury – od krzyku i płaczu. ja nie czuję nic, nie ma we mnie żadnych emocji, poprostu obserwuję i analizuję, dobieram uwagi w stylu więcej wódki albo nakrecasz ją tylko ojciec popija piwo – do momentu, aż nie podejdzie i ręką nie uderzy na tyle mocno, by kieliszek z piwem nie rozbryzł się po stole i podłodze. akompaniament tuczonego szkła jest wyjątkowo oczyszczający. przynajmniej powinien być.
przecież ona jest psychicznie chora, nie rozumiesz tego?! ona nie myśli racjonalnie, ona jest zaślepiona –
masz jakiś pomysł? pyta potem artur ojca, gdy po kilkunastu minutach jej już nie ma w domu. to nie jest kwestia alkoholu, słuszę to od kilku lat – ale on twardo twierdzi, że to nie jest kwestia alkoholu. mówię że jest chora, że patrzy innaczej niż my że ma inny system wartości że myśli inaczej bo ma uszkodzenia w mózgu w
ona tego nie chce
ja tez nie chcialam, gdyby nie pedagog zdechlabym tu i nic byscie nie zrobili, matke trzeba zmusic do leczenia
jak chcesz to zrobic
najpierw musi isc na leczenie alkoholowe bo bez tego nic nie wchodzi w gre, a jezeli ty tego nie skonczysz razem z nia to ona nic nie zrobi – jezeli ty tego nie skonczysz razem z nia to ona nic nie zrobi, innego wyjscia nie ma.

zona

Brak komentarzy

nie ma nigdzie bezpieczeństwa dla własnej układanki świata i układanki swojego jestestwa, kazdą możliwą szczeliną wdziera się do wnętrza i jak wrzątek parzy, zniekształca czarna masa.

-
tak. stąpam po ziemi jak zawsze udając dumną i pewną siebie młodą kobietę.

myślę, że wszystko już zostało wypowiedziane. myślę, że wszystko za mnie napisał Grzegorz. myślę, że nic więcej i lepiej nie mam do powiedzenia.

czytam samookaleczająco się to, co napisał, to, co wlewało się zzewnątrz wewnątrz przez tyle świadomego czasu jaki spędziłam. „na ziemi”.

na co mam ochotę? zasnąć. zasnąć, rzucić się z okna. zdarzało mi się krwawić nieporównywalnie mocniej zdarzyło mi się leżeć na podlodze z bezsilności dużo większej niż dziś, bo absolutnej.

udowadnianie sobie, że woda wcale nie jest gorąca a jedynie letnia, a potem dziwie się, że nie umiem płakać.

kucam

Brak komentarzy

siedzę podczas zajęć lekcyjnych jako lidealistka klasy trzeciej. albo na parapecie z ksiązką, książki lubię. myślę o Grzegorzu, o swoich błędach.

zapomniałam o tym wszystkim, co wiedziałam, bo pozwoliła mi na tą wiedzę moja zdolność analizy i stawiania trafnych hipotez. zapomniałam o tym i nawet nie zauważyłam jak rzeczywistość, jak on wymyka mi się z rąk. kulki rtęci porozbiegały się po całym pokoju, teraz mnie zatruwają.

myślę o tym, że gdyby mnie potrzebował odezwałby się już. ta myśl przyświeca mi dzień. nie mam poczucia pustki, mam poczucie wielkiej straty.

ciągle w życiu coś tracę: siebie, swoje ciało, swoją osobę, swoją rodzinę. nie powoduje to u mnie objawu sprzeciwu i bezsilności pod postacią łez – poprostu jest mi przykro.

tak, gdybym była mu niezbędna – ale nie jestem. i zastanawiam się, czy nie napisać mu, żeby już się nie odzywał, bo „już wszystko wiem”, bo ani ja jemu ani on mi. tylko trudno powiedzieć mu to w nocy, przed snem.

żałuję, że w macicznie nie jestem nic warta. żałuję. nie wiem, czy będę matką. żałuję dziś najbardziej tego, że nie odczuwam przyjemności, jedynie potrzeby. mała pierdolona nieletnia.

zadzownie do niego i powiem mu to, i wyłączę się nie dając mu możliwości powiedzenia czegokolwiek. jak spotkalibyśmy się w większym gronie, uśmiechałabym się tylko po to, żeby za chwilę ze stoickim spokojem powiedzieć, że muszę już iść – bez scen, bez wyrzutów, normalnie choć psychicznie ciężko, bo ja nie chcę mieć z nim nic wspólnego jako koleżanka.


na złość znalazłam jego „powieść” a raczej dwa pierwsze rodziały. kobieta na kobiecie i egzystencjonalne symbolizmy lub dożylne kwestie. i kobieta na kobiecie. i mnie tam nie ma. nie widzę siebie. mam niedużo czasu; przewijałam więc na szybko kilkunastro stronicowy tekst. poczułam niesmak. zasadowość zazdrości. kwaśność straty.
kobiety. od zarzygania kobiet – aż się prosi, żeby powiedzieć. kobieta na kobiecie. nigdy nie byłam kimś wyjątkowym. nie wierzę w to. jestem inna niż wszyscy jak wszyscy a przed to taka sama jak oni – chodźbym miała się udławić cudzą aprobatą.

zwierciadłem duszy jest pismo. słowa dopieszczane. nie można nikomu ufać. nie lubię wspinać się na wyżyny. na tacy podać – nie, nie o to chodzi. nigdy na tacy – „nie liczy się”, ale nie wtedy gdy też bierze mnie obrzydzenie, chęc escape disappear i koniec ze światem dla mnie.

-
rezygnuję z walki. zrobiłam wszystko.

a na końcu napisałeś, że przecież najbardziej kocha się to czego nie można mieć. na szczęście niewiele będzie mnie to kosztowało, mi będzie to na rękę: nie będę Cię znała, nie będziesz mnie widywał, nie będziemy.

„NIE, TO NIE!!!” patrzę w okno autobusu na świat zewnatrz, w zachmurzone jesienne niebo, w warszawską pragę, na warszawską wisłę, na warszawskie śródmieście. „NIE, TO NIE!!!” zdaje się krzyczeć moje ego – bardziej z bezradności niz na przekór jego prośby, by nie tracić mnie z oczu.

następnego dnia dostałam maila. wiersz, pisany angielskim. zaskoczenie. nie wiem czy napisał go dla mnie, czy napisał go dla kobiet, ale dość jasno widać było analogie mnie „to her”.

muszę iść, więc idę, idę z Al do butelki. rozmawiamy; o tym, że milczy, o tym, że na przemian mam go zupełnie dość, że taka sytuacja mi uwłacza i że jestem zmęczona, innym razem że absurd jaki mnie spotkał powoduje iż szlag mnie trafia i mimo to chcę walczyć, bo mi go brakuje.

brak.

idę do remontu. dużo ludzi i duszno, wszyscy których znam. wysokość zadania. nie wiem, czy podołałam być wśród nich, coraz częściej dochodzę do wniosku, że ja ludzi, których już znam, poprostu nie lubię, nie chcę mieć z nimi zbyt wiele wspólnego – wolę mieć białą kartę, zaintrygować i zostawić w pamięci, i to chyba mój błąd.
kiedyś wydawąło mi się że to jakieś moje ogranicznie wynikające z racji wieku, dużo młodszego – z racji nie radzenia sobie w życiu – lęku przed ludzmi, lęku przed relacją.
nie są dla mnie ważni, nie lubię ich.

nie piję ale palę tytoń artura. tańczę, choć to mi się udaje, szybko ktoś się kręci wokół mnie, ale ja maham mu przed nosem palcem i odchodzę w inne miejsce. prozaiczne rozmowy, gdy ktoś pyta o Grzegorza odpowiadam „nie wiem” – nie będę kłamała że jest zajęty, bo nie dlatego go ze mną nie ma.

spóźniamy sie na nocny – a miałam wyjsć przed 12, jest koło 2:30, idziemy spory kawał osiedlem. artur nocuje agnieszkę, ja mówię papa i kładę się spać, zasypiam momentalnie.

-
budzę się i od razu patrzę na zegarek. 9:34, szybko policzyłam że muszę wyjść koło 11, zostaje mi 1,5h na wybudzenie. na samą myśl o wstaniu, o kursach, o wczorajszych rozmowach, o papierosach o wszystkim dostaję kołatania serca, leżę w łóżku i ledwo udaje mi się opanować zalewającą mnie emocję strachu. zawsze tak jest – nawet nie wiem z jakeigo powodu, gdy przerażenie zaburza mi przekaźnictwo neuronów – nigdy myśli, ale myśl nie pomaga, by nad tym zapanować.

wstaję z trudem. tak, mam zakwasy. boli mnie głowa, ledwo stoję, to wszystko nie trzyma się kupy. zmagam się ze śniadaniem, zmagam się z głębokim, żywicznym oddechem. zatrułam się? wypiłam ledwo półtora piwa w ciągu nocy. za mało snu, za dużo papierosów, za dużo niepotrzebnych błednych kółek. jest ciepło, bignę do autobusu na 30 min przed początkiem zajęć a nawet nie wiem, gdzie odbywają się dokłądnie. źle wysiadłam, bo trasa zmieniona. trzęsę się, denerwuję, bo spóźniona, bo bedę miała miejsce z tyłu, bo wczoraj, bo niepotrzebnie poszłam, bo…

i mnie oświeciło. kurwa? po co? po co mi to?

zaczęłam iść powoli. do sali pełną ludzi weszłam ze stoickim spokojem – przepraszam – i usiadłam bardzo blisko. na polskim dałam popis trafnych skojarzeń i analizy tekstu – swoim nie rzucającym się w oczy, subtelnym stylem, tak żeby uważni widzieli i docenili. i chyba docenił. nie jadłam do 5 nic prócz jogurtu ale nie czułam zmęczenia, nie czułam nic bo byłam mile połechtana rozmową z lektorem kursów z języka polskiego.

wróciłam do domu, zajęłam się rysunkiem.

napisał, że potrzebuje tygodnia. będę czekała.
ale im dłużej to trwa, tym bardziej widzę, jak podświadomie nie liczy się z niczym, choć świadomie cały jest w strapieniu, że zadaje mi przykrość.

i oto mój piątek, moja sobota. a dziś niedziela – głosowałam na PO. zrobiłam cyrk starym za picie. bawię się w kotka i myszkę z ich alkoholizmem i śmieję się kotu w twarz (paradoksalnie jestem myszką). czytam książkę. czytam biologię. jeżdzę na rowerze.

zrobiłam dzisiaj świetną marmoladę z jabłek od dziadków ze wsi. z cynamonem i cukrem waniliowym. naprawde dobre a jak mało czasu wymaga.

powiedzieć

Brak komentarzy

oboje jesteśmy pod wpływem emocji, jedno drugiego irytuje swoim słowem i zachowaniem. jedziemy autobusem, patrzę się w ciemność miasta, czasem widzę odbicie na szybie moje i jego; nie chciałam próbować dojsć, o czym teraz myśli.

jesteśmy z Le madame. mówi o prozariach ale nie podejmuję tematu. nie jest mu łątwo – mi też nie było. zaczyna mówić. –napisałam Ci coś. uprzedziłam go, że jest to dosć niesprawiedliwe i pod wpływem emocji – chcesz to zobaczyc? chyba się zawahał, ale i tak i tak musiał to dostać. denerwuję się. cielesna reakcja nerwowa na trudną sytuację; zapaliłam. utraciłam przy nim swoje dziewictwo wturne, choć myślał że już mam to za sobą. kilka wdechów, już było mi lepiej.

nie ma winy, ale „problem tkwi w nim” – ucieczka przed dorosłością, pytał o kilka kwestii. słucham go i to może głupie- widzę analogie do Roberta. bez sensu, jakie to bez sensu, dlaczego Al się udało a mi nie może? dlaczego to wszystko jest takie absurdalne, dlaczego… pytania biegną mi przez głowę. mówił do mnie wiele niesamowitych rzeczy. „rzeczy”. słowa. nie rozumiałam dlaczego to wszystko jest… nie rozumiałam nic. patrzył na mnie po raz pierwszy w ten sposób, oczami małego dziecka, było w nich dziwnie uwielbienie i żal, potworny żal. patrzył czy nie płaczę; dotknął mnie, nie, nie płakałam.

na początku nie wiedziałam, czy pokaże mu to, co do niego napisałam. nie wiedziałam też czy powiem mu, co czuję, nie wiedziałam czy mogę, nie wiedziałam czy dałabym rade.
poszłam na to spotkanie naszykowana na najgorsze – i tylko tyle.
każdy musi zjeść swoją sól – mówię, mało rzeczy mówię a jak już to z zaskakującym przekonaniem, powagą, wyższością, żeby wiedział, że moje słowo m u s i być ponad jego słowem. żeby stracił pewność siebie. – sól z oczu? pyta i się uśmiecha – nie no, sól zjeść, sól wylać, a teraz przepraszam – i zeszłam do toalety. musiałam się oderwać bo w głowie dzwoniło mi tylko, że muszę mu powiedzieć. od samej myśli drżałam niczym w dreszczach, zeszłam na dół ledwo trzymając się ściany. z sali obok dobiegała muzyka – wewnątrz był tylko dj, z zapałem miksujący płyty. w le madame jest dużo dużych luster, pusto na dole, wchodzę do meskiej toalety i przyglądam się sobie w zwierciadle nad zlewem.
weszłam na góre bo wiedziałam już wszystko. usiadłam, obok, zapaliłam papierosa. dopił piwo. pierwszy raz ja piję dużo wolniej, moja woda gazowana z cytryną była jak wyrocznia czasu rozmowy; choć on swoje dokończył, ja upiłam odrobinę. – możesz mi coś powiedzieć? – oczywiście – bo muszę wiedzieć, muszę to usłyszeć od Ciebie. możesz mi powiedzieć czy mnie kochasz czy już nie? znów ten wzrok. po chwili odpowiada, że – tak się nie da. dla Ciebie wszystko jest czarno białe, ale nie da się, zawsze coś zostaje. nie wiedziałam, że taka będzie odpowiedz. nie sądziłam; nigdy nikogo nie kochałam, ale przecież Adrian i Michał wracali. mogłabym im powiedzieć, że ich nie kocham, ale sentyment zawsze będzie, i ta myśl, może kiedyś.
-dlaczego chcesz to wiedziec? – miałam mu powiedzieć, żeby nabrać pewności? pewności na co? nie można być w miłości niczego pewien – żeby mieć jak ten tekst, który Ci dałam, czarne na białym.
długa cisza. przerywa ją
- wiem, że to trudne, ale muszę Cię o coś zapytać
- pytaj
- za nic nie chciałbym zerwać z Tobą kontaktu – mówi o tym, że jetsem bardzo bliską mu osoba, że nikt, żadna kobieta nie zmieniła go tak, jak ja, że tak wiele się odemnie nauczył – że nie chce tracić mnie z oczu
-ale to będzie trudne – odpowiadam po chwili
-wiem –
-to będzie trudne, to będzie trudno bo

powiedziałam to. spojrzałam na niego. pocałowałam go. i wstałam – nie odprowadzaj mnie, już idziesz? widziałam uśmiech na jego twarzy, jego twarz była jasna – tak, trzymał mnie za rękę a ja ją szybko puściłam i wybiergłam z klubu, biegłam łykając powietrze by nie płakać szybko oddychałam, biegłam na około, biegłam inaczej niż powinnam, bałam się ze mnie dogodni choć to absurdalne. cała się trzęsłam. dobiegłam do autobusu. Here with me, Dido, patrzę w szybę, patrzę przed siebie.
nie wiem, co zrobiłam. wszystko było impulsem. czy pożałowałam? i tak, i nie. tak, bo to nie fair. bo to egoistyczne. bo mogłam to zrobić z większą klasą – chociażby dlatego. nie? nie, bo wiedziałam, że muszę mu to powiedzieć.

nie

Brak komentarzy

nie powinnam była tam pójść. to było bez celowe, a daje mi dodatkowo ujemne postrzeganie całości. wypiłam mało, ale na tyle, by palić; zlepiłam sobie mózg. tańczyłam dużo, ale nie na tyle, żeby czuć się lepiej. dziś obudziłam się z totalnym kołataniem serca, zabawne jak koszulka drgała w rytm nagiego ciała – o czym myślałam? o tym że za chwile będę miała kursy, znowu trzeba będzie „stanąć na wysokości”, myślałam o tym, że Grzegorz poprosił o „tydzień” – a ja chcę uciec. uciec od ludzi, uciec od czekania, uciec od swojej przeszłości wypowiedzianych słów i uciec od przyszłości starań, jakie mnie czekają.

ot tak, na dobry początek dnia.
bez sensu, myślę, praca w hospicjum, rozwiedzieny rodzice, zchodzą się i rozchodzą, napisz mu to i wiem, że jestem brutalny. ale ale ale.

nigdzie dzisiaj nie wychodzę. nie wiem, usiądę z książką, pożyczę Raskolnikowa by przewertować Dostojewskiego jeszcze raz, nie wiem, pójdę spać, będę malowała, będę próbowała wyłączyć złe myśli na rowerze.

Brak komentarzy

znowu miałeś zadzownić, odezwać się. znowu tego nie zrobiłeś.
w momencie, gdy wiesz, że czekam, na pewno jesteś tego świadom, bo jak potrafiłam przyjść by czekać pod Twoim blokiem nim jeszcze wstało słońce, świadczy to o tym, że mi zależy. Ty nie masz siły, a może nie masz czasu, a może nie chce Ci sie, a może zapomniałeś. a może olewasz mnie. masz komputer – to ważne. ja przecież moge poczekać. jak można zapomnieć o tym, że związek zaraz legnie w gruzach? już legł, -?

„zachowanie bez klasy” – ale przecież to nie jest ważne.

wiedziałeś, że nie możesz nic oczekiwac, ale mówiłeś, że będziesz walczył.

walczyłeś, oczekiwając na dużo. nie wiedziałam o tym. nie przywiązywałam z początku do tego tak wielkiej wagi – do czasu, gdy powiedziałeś mi to, co powiedziałeś (usłyszałam pierwszy raz w życiu – „naprawde”). wtedy zaczęłam się łudzić. łudziłam się, że jestes ze mną „bezinteresownie” – robiłam to, starałam się dla siebie i dla Ciebie – dla nas. okazało się, że gdy już byłam gotowa, Ty zaznałeś zniesmaczenia. „zawodu; rozczarowania”.
Dlaczego oczekiwałeś i starałeś się walczyć o mnie? o to, by wyegzekwować swoje oczekiwania?

przewaliło się, niech leży. spowodowałeś, że w końcu czuję, że w końcu tęsknię. mówisz, że nic na to nie poradzisz – nie dziwię się, gdy zamiast walczyć o „priorytety”, Ty poprostu mówisz, że zadzwonisz, nie dzwonisz, i nawet nie silisz się jak w miarę wyglądające wytłumaczenie. nie chcę żebyś kłamał. chcę być szanowana. „no, przepraszam” brzmi, jakgdyby małego chłopca gdy zbroił coś nie pierwszy raz i wiedział, że to wyjdzie na jaw – bo co może mi mamusia zrobić? pogniewa się, ale przecież świat się nie kończy.
nic dla Ciebie się nie kończy, oprócz dodatkowego problemu.

stać na wysokości zadania wymaga wyrzeczeń. cierpliwości. stale dającego o sobie znać zniechęcenia. wymaga wysiłku. bólu.
żeby zobaczyć cel, najpierw trzeba zamknąć oczy patrząc na siebie. potem otworzyć i spojrzeć przed siebie, wytężąjąc wzrok, do bólu głowy.
inaczej się nie da. inaczej smak jest jałowy. inaczej – inaczej to bez sensu. nie liczy się.

choć o tym wiemy, to nie wierzymy w to. nie mamy często na tyle silnej woli, woli zrzeczenia się „dóbr”, by nabrać doświadczenia a przez to uwierzyć. ale wiemy o tym, wszyscy. wiemy, że możemy zrobić ze sobą wszystko. wmówić sobie wszystko. siła autosugestii jest siłą większą niż chemia, niż biologia. niż słowo „they sey”.

dlaczego kłamałeś? dlaczego nie byłeś odpowiedzialny? dlaczego nie wiedziałeś co robisz?
teraz Ty… – nie wiem czy nie kłamiesz, teraz Ty jestes wesoły; spokojny; dołek już minął dawno, choć ja dalej myślałam, że „depresja” – coś potwornego, coś, co odbiera WSZYSTKO – trwa nadal, i pozwoliłeś mi na to, żebym tak myślała. dlaczego?
… teraz Ty – teraz Ty jesteś wesoły a ja czekam. kontempluję, jak umiera we mnie to, na co tak długo czekałam, o co się stałam, o to zaufanie po raz pierwszy w drugim człowieku, od tak dawda – dla Ciebie trzy lata to może niewiele. ale dla mnie – to 1/6 mojego życia. i doczekałam się, bo przyszła tęsknota, przyszło uczucie – ale teraz mogę upakować to w słowa tutaj a resztę odstawić na regał swojej świadomości z notatką „wspomnienia”.

Ty jesteś wesoły. ale dlaczego nie możesz stanąć na wysokości zadania, żeby to chociaż zakończyć z klasą? wymagałam ja przez cały ten czas – związek ze mną nie miał być łatwy – wierdziałeś o tym. WIEDZIALES O WSZYSTKIM.
„sorry, its too late, baby”.
wymagałam. i postanowiłam, że nie będę wymagała – bo jesteś w depresji. gdy ja byłam, swoimi gestami kazałam wszystkim ode mnie spierdalać. byłam pełna podziwu, że ze mną rozmawiasz – choć jednocześnie bolało mnie Twoje miażdzące mnie zachowanie, nie przejawiające minimum chęci naprawy, chciałam czekać, podjąć wysiłek. „stanąć na wysokości zadania” – moim wzorem ideału jest Al i Robert – oboje zjedli swoją sól. ja postanowiłam również ją jeść – ale to dla Ciebie było bez znaczenia, zasłaniałeś się dołkiem którego już nie było, bo – nie wiem – byłeś „ciekaw”. nie wiem. wiesz co? nic nie wiem.

jest we mnie umieranie. powoli jest we mnie swojego rodzaju wzgarda, dla olewania mnie, dla braku szacunku wobec mnie, wzgarda dla zajmowania się wszystkim, tylko nie tym, co dla nas – dla Ciebie również – powinno być ważne, choć to jest w strzępach. Rozumiem, co znaczy, gdy siła wyższa zbiera Ci świat. i nic, nawet co powinno być, nie jest ważne – staje się najmniej istotne, groteskowe.
ale. ale „chyba nie jest z Tobą aż tak źle”. nie ma nic gorszego niż „odstawienie do rozkładu i zgnicia”. Ale okazuje się, że to jest ważne tylko dla mnie. – i nawet nie to jest najgorsze, bo to, że jednej osobie zależy a drugiej nie to jest naturalne. najgorsze jest to, że z Twojego zachowania wynika, iż fakt, że to jestem JA – zupełnie nie ma to dla Ciebie znaczenia. „to już było” – tyle razy? za każdym razem? każdy Twój związek?
może to sposób ucieczki. masz 25 lat – i uciekasz przed dorosłością w ten sposób. ciągle wysuwam hipotezy, ale tylko to mogę – bo cały mój dzień biegnie w poszukiwaniu tez.
ucieczka przez zapomnienie, i „niechciałem” – dobrze, że poszedłeś do tego psychologa – może w końcu staniesz na równe nogi, choć Tobie się może już wydawać, że stoisz na twardym. mam nadzieję.

Wiesz o czyms takim, że o różę, o uczucie trzeba dbać, bo bez opieki róża choć najpiękniejsza – „gnije”? napewno wiesz.

zaczęłam ufać, ale nie zaufałam Ci, nie zdąrzyłam zaufać na tyle, by teraz płacić rzęsistymi łzami. mówię to, żeby Ci ulżyć? nie wiem, po prostu chcę żebyś wiedział.
obudziłam się w międzymiednicznej przestrzeni subtelnym płomieniem, który wymagał jeszcze troche mojej pielengnacji – niewiele trzeba, żeby go ugasić. co prawda, jesteś pierwszy i wyjątkowy – to mógłby stanowić problem, ale jestem silna i postaram się, żeby tak nie było. nigdy nie stanowił – dlaczego teraz miałoby być inaczej? z moim dystansem? z moim poczuciem przyszłości, wiary w ludzi, wiary w życie, wiary w uczucia – nie może być inaczej.

________

Brak komentarzy

znowu miałeś zadzownić, odezwać się. znowu tego nie zrobiłeś.
w momencie, gdy wiesz, że czekam, na pewno jesteś tego świadom, bo jak potrafiłam czekać ponad godzinę pod Twoim blokiem nim jeszcze nim wstało słońce, świadczy to o tym, że mi zależy. Ty nie masz siły, a może nie masz czasu, nie chce Ci sie, zapomniałeś. olewasz mnie. masz komputer – to ważne. ja przecież moge poczekać. jak można zapomnieć o tym, że związek zaraz legnie w gruzach? już legł, -?

„zachowanie bez klasy” – ale przecież to nie jest ważne.

wiedziałeś, że nie możesz nic oczekiwac, ale mówiłeś, że będziesz walczył.

walczyłeś, oczekiwając na dużo. nie wiedziałam o tym. nie przywiązywałam z początku do tego tak wielkiej wagi – do czasu, gdy powiedziałeś mi to, co powiedziałeś. wtedy zaczęłam się łudzić. łudziłam się, że jestes ze mną „bezinteresownie” – robiłam to, starałam się dla siebie i dla Ciebie – dla nas. okazało się, że gdy już byłam gotowa, Ty zaznałeś zniesmaczenia. „zawodu; rozczarowania”.
Dlaczego oczekiwałeś i strarałeś się walczyć o mnie? o to, by wyegzekwować swoje oczekiwania?

przewaliło się, niech leży. spowodowałeś, że w końcu czuję, że w końcu tęsknię. mówisz, że nic na to nie poradzisz – nie dziwię się, gdy zamiast walczyć o „priorytety”, Ty poprostu mówisz, że zadzwonisz, nie dzwonisz, i nawet nie silisz się jak w miarę wyglądające wytłumaczenie. nie chcę żebyś kłamał. chcę być szanowana. „no, przepraszam” brzmi, jakgdyby małego chłopca gdy zbroił coś nie pierwszy raz i wiedział, że to wyjdzie na jaw – bo co może mi mamusia zorobić? pogniewa się, ale przecież świat się nie kończy.
nic dla Ciebie się nie kończy, oprócz dodatkowego problemu.

stać na wysokości zadania wymaga wyrzeczeń. cieprliwości. stale dającego o sobie znać zniechęcenia. wymaga wysiłku. bólu.
żeby zobaczyć cel, najpierw trzeba zamknąć oczy patrząc na siebie. potem otworzyć i spojrzeć przed siebie, wytężąjąc wzrok, do bólu głowy.
inaczej się nie da. inaczej smak jest jałowy. inaczej – inaczej to bez sensu. nie liczy się.

choć o tym wiemy, to nie wierzymy w to. nie mamy często na tyle silnej woli, woli zrzeczenia się „dóbr”, by nabrać doświadczenia a przez to uwierzyć. ale wiemy o tym, wszyscy. wiemy, że możemy zrobić ze sobą wszystko. wmówić sobie wszystko. siła autosugestii jest siłą większą niż chemia, niż biologia. niż słowo „they sey”.

dlaczego kłamałeś? dlaczego nie byłeś odpowiedzialny? dlaczego nie wiedziałeś co robisz?
teraz Ty… – nie wiem czy nie kłamiesz, teraz Ty jestes wesoły; spokojny; dołek już minął dawno, choć ja dalej myślałam, że „depresja” – coś potwornego, coś, co odbiera WSZYSTKO – trwa nadal, i pozwoliłeś mi na to, żebym tak myślała. dlaczego?
… teraz Ty – teraz Ty jesteś wesoły a ja czekam. kontempluję, jak umiera we mnie to, na co tak długo czekałam, o co się stałam, o to zaufanie po raz pierwszy w drugim człowieku, od tak dawda – dla Ciebie trzy lata to może niewiele. ale dla mnie – to 1/6 mojego życia. i doczekałam się, bo przyszła tęsknota, przyszło uczucie – ale teraz mogę upakować to w słowa tutaj a resztę odstawić na regał swojej świadomości z notatką „wspomnienia”.

Ty jesteś wesoły. ale dlaczego nie możesz stanąć na wysokości zadania, żeby to chociaż zakończyć z klasą? wymagałam ja przez cały ten czas – związek ze mną nie miał być łatwy – wierdziałeś o tym. WIEDZIALES O WSZYSTKIM.
„sorry, its too late, baby”.
wymagałam. i postanowiłam, że nie będę wymagała – bo jesteś w depresji. gdy ja byłam, swoimi gestami kazałam wszystkim ode mnie spierdalać. byłam pełna podziwu, że ze mną rozmawiasz – choć jednocześnie bolało mnie Twoje miażdzące mnie zachowanie, nie przejawiające minimum chęci naprawy, chciałam czekać, podjąć wysiłek. „stanąć na wysokości zadania” – moim wzorem ideału jest Al i Robert – oboje zjedli swoją sól. ja postanowiłam również ją jeść – ale to dla Ciebie było bez znaczenia, zasłaniałeś się dołkiem którego już nie było, bo – nie wiem – byłeś „ciekaw”. nie wiem. wiesz co? nic nie wiem.

jest we mnie umieranie. powoli jest we mnie swojego rodzaju wzgarda, dla olewania mnie, dla braku szacunku wobec mnie. zajmowania się wszystkim, tylko nie tym, co dla nas – dla Ciebie również – powinno być najważniejsze, choć to jest w strzępach. nie ma nic gorszego niż „odstawienie do rozkładu i zgnicia”. Ale okazuje się, że to jest ważne tylko dla mnie. – i ni to jest najgorsze, bo to, że jesnej osobie zależy a drugiej nie to jest naturalne. najgorsze jest to, że z Twojego zachowania wynika, iż zupełnie nie ma to dla Ciebie znaczenia, że to JA. że to nie ważne.
może to sposób ucieczki. masz 25 lat – i uciekasz przed dorosłością w ten sposób? dobrze, że poszedłeś do tego psychologa – może w końcu staniesz na równe nogi, choć Tobie się może już wydawać, że stoisz na twardym. mam nadzieję.

nie zaufałam Ci, nie zdąrzyłam zaufać na tyle, by teraz płacić rzęsistymi łzami. obudziłam się do życia bardzo subtelnym płomykiem – niewiele trzeba, żeby go ugasić. co prawda, jesteś pierwszy i wyjątkowy – to mógłby stanowić problem, ale jestem silna i postaram się, żeby tak nie było. nigdy nie stanowił – dlaczego teraz miałoby być inaczej? z moim dystansem? z moim poczuciem przyszłości, wiary w ludzi, wiary w życie, wiary w uczucia – nie może być inaczej.

do not want

Brak komentarzy

nie chciałeś zadzwonić. czułeś się dobrze, nie chciałeś sobie psuć nastroju. nie masz dołka. czujesz się świetnie. jesteś wesoły. pytasz o mój stosunek do tego, że trzymam Cię na siłę. że co byś nie zrobił, to ja powiem Ci, żebyś mnie nie zostawił (i to w sumie bez sensu).

odłożyłam słuchawkę.

rano włączyłam telefon, dwie wiadomości. Al i on. napisał, że „no to pięknie”. „ładnie, ładnie, ona kurwa a on kradnie” – myślę sobie, stary tekst Ruth, pięknie to jest wtedy gdy dzieciak podbiera rodzicom z portfela.
„nie chciałem Cię zranić, skrzywdzić” – zastanawiam się, dlaczego oczekiwał czegoś odemnie, skoro wiedział, że nie może nic oczekiwać, i wiedział, że jedno co może to naprawić mnie, pracował na to, cierpliwie, od podstawy, bym poczuła, bym stała się kobietą. wielka misja. nie można obiecywać. nie można słuchać obietnic, o tym wiedziałam – a uwierzyłam w nie tuż przed tym, jak zostały wyrzucone z mojego świata.
nie miał siły zawalczyć – jak napisał.

trudno mieć ochotę walczyć, jak się tej ochoty nie ma. dlaczego kłamie, że nie ma siły, dlaczego nie powie, że nie chce?
nie wolno kłamać. nie wolno – poprostu.


  • RSS