zona blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 10.2005

ona Al

1 komentarz

poszłyśmy do parku, było przeszywająco zimno i siniały mi ręce, ale szłam aleją z nią a w około ciemność i samotność zespalały się z wątpłym światłem latarnii powstałych od nich poblasków liści. myślę, że nadajemy na dwuch różnych falach, od jakiegoś czasu – mówię, bo frustracja wchodzi mi na głowę. musiała zmienić kierunek swojego wzroku z piękna jesiennej nocy w parku na mnie. jest zmęczona. wiem o tym. – ale wiem, że to moja kwestia, że to ja zmieniłam fale na które Ty nie możesz zejść. to znaczy kiedyś zeszłabyś, ale teraz nie możesz. – jeżeli chodzi o Twój stan emocjonalny, zebym sie w niego wczuła to… – nie, nie o to chodzi – przerwałam jej szybko. na końcu jej głosu słyszę podirytowanie. jakby poczuła się, że wymagam od niej właśnie tego. ale naturalne, że nie o to chodzi, żeby mi współczuła. żeby zmieniała swoje spojrzenie na rzeczywistość bo ja patrzę innaczej. tłumaczę jej z trudem, że nie mam pomysłu, że skończenie życia byłoby wyjściem żeby się nie męczyć – to brzmi tragicznie, ale nie o to chodzi, tłumaczę, że skupienie się na mojej własnej osobie jest silniejsze, że cały czas skupiam się a analizie i tak, jak udaje mi się latać tak teraz pełznę po ziemi od dłuższego czasu i z całą swoją świadomością nic nie mogę zrobić. myślę teraz, że co roku jest gorzej, bo moja wiedza o sobie jest większa, co roku jest mniej cierpienia zastępionego przez tą wiedzę, i oczekiwanie na moment, żeby nie oczekiwać. bo wszystko co się zmienia to rewolucja, to cud, to nie jest efekt moich działań, efekt moich działań jest po cudzie, który spada z jasnego nieba.

nie wiem czy jest sens żeby się z Tobą teraz widywać. – mówię, a ona jest zaskoczona. wskazuje na Grzegorza, żeby może odnowić znajomość, powrócić, bo – to przecież była bardzo ważna, głęboka relacja. – nie mogę. wstydzę się. wstydzę się tego, że dałam się nabrać, – że uśpiłam swoją czujnosć, myślę w duchu. Wstyd jakiego nie znam mocy, sznuruje mi usta, wstydzę się swojego życia, brak pokory, pokora kasiu, pokora. Myślę, że za dużo analizujesz, że zbyt wiele się zastanawiasz – jej stwierdzenie tak banalne było jednocześnie najcięższym coś o czym wiem doskonale, ale mówię, że uciekam, w lekcje, w książki, w rysunek, w muzykę, w ludzi, w wysiłek fizyczny, w próbę kontemplacji tego, co piękne… not works. everything doesnt work.
powiedziała, że muszę komuś innemu zaufać, drugiej osobie.
ma rację. kolejny banał ale o ciężkostrawnym zabarwieniu. odrzuca mnie tuż po tym, jak sama próbowałam się od niej uwolnić. odrzuciła nienormalny stosunek mój do niej. wie, że musi.
cała moja miłość do niej, cała moja zazdrość wobec roberta. poszliśmy we trójkę do kościoła. pierwszy raz byłam tam od dawna.
miałam pojechać do Ciebie, ale odwiódło mnie od tego wzmagające się zimno i głód.

miałyśmy się spotkać wieczorem. musiała się zobaczyć z Robertem, musiała. o 21 powinna być, daj znać. groteskowe szczegóły, jak to, że „zrobisz to dla mnie” zostało pominięte chwilą ciszy i zajęciem się zupełnie czymś innym. Robertem.
napisała koło 22:30, że już jest i że jak coś to jest na gg. zachowuję się jak urażona kobieta, której facet nie poświęca należycie uwagi. spłycam trochę, ale coś muszę spłycić.

-
dziś rano wstałam za wcześnie, nie mogłam zmusić się do dalszego snu. brałam prysznic i prowadziłam jeden z wielu tych odkrywczych monologów, jakie można prowadzić o wczesnej godzinie. masz swoje życie, masz swojego faceta, masz dość, jesteś tylko człowiekiem, będziemy spotykały się tyle na ile Ty tego potrzebujesz, bo ja muszę nauczyć się samodzielności, ludzie nie mają niczego w życiu i jakoś żyją, dlaczego więc ja nie mogę, mogę i muszę i chcę, dlatego jak będziesz chciała to zadzwoń, ale ja poradzę sobie bez Ciebie, z Twoją osoba i cichym wsparciem bo zawsze mogę na Ciebie liczyć, kiedy będzie taka potrzeba, Ty na mnie też, wszystko będzie, musi być normalnie. chociaż to będzie normalnie.

boblcom

1 komentarz

mam smukłe dłonie i długie paznokcie, co kilka dni maluję je na ciemny purpurowy kolor przechodzący w brąz, mający w sobie coś z klasy i coś z subtelnego polotu marzenia o szaleństwie, zamkniętym w klatce niedobrego świata. w domu zmywam lakier który niestety odpryskuje bo tania marka a zamiast tego pielengmuję paznokcie odrzywką.

mam smukłe dłonie. na białych kartkach czarnymi liniami rysuję wizje świata, kobiety w ciąży, dużo kobiet w ciąży. od lutego nie mam cyklu, nawet gdybym miała to coś je wewnątrz tłumi, czasami myślę że właśnie dlatego Grzegorz mnie zostawił. nie jestem więc kobietą, choć mam piękne smukłe dłonie i długie paznokcie, moja figura jest szczupła i proporcjonalna.
boli mnie coś w środku. dostanę skierowanie do szpitala, pękną mi paznokcie w natłoku nowych zadań w natłoku wypełniania formalności do szpitala do szpitala bo boli mnie moja kobieta, która krzyczy że chce w przyszłości rodzić dzieci. chociaż córkę. chociaż mieć córkę.

-
dzisiaj myślę o cudzie. o tym, że nic się nie zmienia poza tym, że zmienia się wszystko. ja się zmieniam pobierając coraz to nowe nauki. ale mój pryzmat jest uparty. daję się wieść braku dobra, po to by zaraz uradowana wmawiać sobie, że moje płuca pochłoną każdą jednostkę na mojej drodze, po to by zaraz za szyję zostać uduszona w zarodku. przywiązuję się do swoich kochanek i kochanków każdego, z nadziejami na rewolucję. powtarzające się hasła nie wnoszą nic poza znudzeniem i powątpieniem w nie, a ja wciąż mam w sobie na tyle odwagi by jeszcze o coś walczyć.

mam wrażenie że moje obecne życie to składowa popełnianych błędów których nie naprawię, z poczuciem „too late” co za obsurd w wieku osiemnastu lat. i największym absurdem jest pojęcie błedu woli życia, że zamiast zagłodzić się do samobójstwa postanowiłam chwycić byka za rogi, walczyć z wiatrakiem, walczyć z życiem, zamiast po prostu wdrążyć w życie wszystkie moje przemyślenia, wynieść odpowiednie wnioski z doświadczeń. nigdy nie cierpię, nie jest mi źle. nie wiem co robić, nie mam pomysłu.

jutro pojadę do knajpki która przyświeca mi cudowi i usiądę z książką, pogadam z barmanem, posłucham muzyki jakiej lubię. wcześniej będę udawała że nauka jest dla mnie czymś ważnym, będę przeglądała filozofię Żeromskiego i anatomii oraz fizjologii zmysłów ludzkich, będę troszczyła się o swoje studia za kilka miesięcy. jeszcze wcześniej będę wylegiwała się w łóżku, bo przecież wiecznie niedospana chodzę i uczę się i udowadniam sobie, że na wszystko jestem gotowa.

miracle

Brak komentarzy

było jeszcze wcześnie, koło 19:30, więc na pewno znajdą się choć dwa wolne miejsca w jednej z tych kilku knajpek na tyłach nowego światu, więc idziemy tam w międzyczasie narzekając na przeszywające zimno. miejsc było dużo, w pierwszej siedziało kilka osób, znajomi barmani i uroczy człowiek wyglądający na geja, więc wchodzimy siadamy na obniżonym parapecie, w zasięgu mojego wzroku jest inny ciekawy mężczyzna, ma sympatyczne afro, jest z kolegą zerka na mnie idę po piwo. pijemy szybko bo piana leci ku górze, jestem delikatną kobietą, jestem taka wyważona, jestem realna.
- za co pijemy?
- pijemy za cud.
- za cud? ale dlaczego?
- mogę Cię o to prosić.
poprosiłam ją o cud. waiting for the miracle, kiedy wszystko co jest do zrobienia jest już zrobione, teraz wystarczy tylko czekać na rewolucję. zawsze powtarzam, że wszelkie zmiany dzieją się na drodze rewolucji, przewrotu. pijmy więc jedno piwo w oparach rozmów mniej lub bardziej poważnych, biegniemy od mojej rodziny przez facetów, jak to my przy piątkowym piwie. muzyka jest bardzo klimatyczna, miałam zapytać o płytę, nie zapytałam
jest tam ten człowiek, który mnie ciekawi, przez samo zaciekawienie w jego oczach, czasem siada tyłem do nas by potem wrócić na miejsce. moja uwaga jest zaabsorbowana rozmową i patrzeniem, w końcu przyłapuję obu na tym jak patrzą się na mnie daję wzrokiem znać, że chcę kontaktu, oboje pochwycili, po chwili siedzieli już z nami. dopiłyśmy swoje piwo, rozmawiając na filozoficzne tematy, przytulam się do Al, jest mi dobrze bo czuję tą realność, jestem z Al i delikatnie dotykam jej pleców, rozmawiam z nowo poznanymi mężczyznami o czymś o czym oboje nie mamy pojęcia, choć wydaje nam się że owszem, mój wybranek cudu pracuje jako grafik, artysta ale się przed tym stwierdzeniem broni stawiają nam następne piwo. ludzie wchodzą i wychodzą z knajpy nie znaleziwszy wolnych miejsc. i nawet nie pomyslałam, że on też, ale okazało się, że wszystko się może zdarzyć, i wszedł, wszedł Czajer bo jego poznałam, i Czajer właśnie się przywitał i zobaczyłam Grzegorza w jego towarzystwie. ręce mi zadrżały, ale szybko zniknął znamy numer, tak, mój cud pyta czy wszystko w porządku a nic to mój były, ale już wszystko jest ok, bo tyle wzroku by upić, tyle uwagi by się połechtać, tyle zadowolenia płynącej z najmniejszej możliwości. w końcu mój cud został sam, postawił nam wodę, chciał więcej rozmowy, chciał wymiany myśmy, ale zaczęłam się zatracać. zapytał mnie, czy wszystko w porządku, może zbladłam, poczułam, jak żołądek pochodzi mi do gardła i wiedziałam dlaczego, nie od piwa a od przewrażliwienia i nie ma na to rady. więc wybiegłyśmy, bo chciałam tak, ciało odmówiło mi posłuszeństwa. spotkałam przy okazji innego znajomego Grzegorza, kolejny dziwny zbieg okoliczności. wszystko dzieje się z dziwną prędkością w zwolnionym tępie, teraz myślę i wspominam nie wiem jak mnie pamięta mój cud. po prostu powiedziałam że już późno i musimy iść. szybko tego pożałowałam. zostawiłam go samego, zachowałam się jak smarkula, to wszystko nieważne. nie ważna jest świadomość utraconej szansy, cudu który przyszedł i zamiast spełnić swoją funkcję – jaka by nie była, ja od niej uciekłam.

następnego dnia ta myśl nie odstępuje mi na krok, jest cały czas ze mną, wstrzykuję sobie dożylnie lekcję o nowym świecie, o tym, co teraz tak naprawdę będę robić, czy zostawię to tak sobie by biegło przez moją świadomość, czy będę próbowała dociec, znaleść, bo naprawde mi się spodobał, a tak nagle piwo uderzyło mi do mózgu, że nie było mowy na wyjaśnienia. stare chwyty o tym, jak moje ręce są smukłe i tak nie robia na mnie żadnego wrażenia poza tym, że poczułam jak złaknione niemowle czyjś wzok na sobie, i uderzyło to mnie i wiem, że brak odwagi jest czymś wyimaginowanym, że muszę mieć podstawę. Grzegorz w międzyczasie i płacz w damskiej toalecie. wzrok. nerw. marzenia. szansa. brak szansy. co pomyślał Grzegorz? widząc mnie w czteroosobowym gronie, szybko znalazłam pocieszenie co mnie obchodzi co kto o mnie pomyśli, zadaję sobie pytanie, a moja słabość polega na tym, że nie umiejąc znaleść dialogu z sobą doszukuję się kontaktu z rzeczywistością przez innych ludzi, przez taki cud jakim jest inny człowiek, którego spotykam.

- artur, nie pij z baniaka.
- ale wydawało mi się, że jak wszyscy piją wodę z butelki to ja też mogę
ale nikt nie pije wody z baniaka – słyszę ojca, zwolennika suwerennego picia z gwinta wody Zywiec jaka zakupujemy od jakiegoś czasu
- wody już nie ma – zauważył artur
- kasia ma całą wodę u siebie – uśmiecha się ola
- kasiu, możesz dać nam wodę? – budzi się we mnie bunt, widzę kpiarskie świńskie oczka mojego ojca, wszyscy patrzą
- to moja woda, nie zdążyłam jej wypić, dlaczego z tego powodu mam coś oddawać?
wywiązuje się dyskusja, a ja wiem, że jest bezprzedmiotowa, wiem, że niewiele mi brakuje do tego, by polizać obłędu, że będę mówiła od rzeczy bo nie będę się siliła na tłumaczenie czegokolwiek, czuję, że boli mnie głowa od wiecznej dyskusji z sobą, światem i z nimi, wszędzie bez-argumentacyjne psychodeliczne dyskusje od których robi mi się słabo i nie mam siły patrzeć i słuchać i mówić
- kasiu, – „kasiu” niczym dobrotliwy i kochający ojciec, cierpliwy i wybaczający, z zasraną wyższością wielkiego nad maluczkim – kasiu, a mogłabyś pójść po naszą wodę do sklepu?
wyszłam i trzasnęłam drzwiami. zwykła prowokacja, syć się sam.
-tak, trzasnęła drzwiami. – słyszę choć drzwi są i są zamknięte

ola jest w moim naszym pokoju, chcę zapytać, dlaczego powiedziała to o mnie, w jakim celu
-a ty tez się wtrącasz w moje sprawy
-ale nie chodzi o wtrącanie się, ja chce dbaę…
-a ty tez się wtrącasz ty możesz a ja nie, co?
-…a Tobie to do niczego nie jest potrzebne
- ty tez się wracasz
- możesz mi nie przerywać?
- nie wiem
- jak to nie wiesz? to chcesz ze mną rozmawiać czy nie chcesz? takie rzeczy sie wie poprostu
brne w to, bezsensownie brne w cos a ona i tak i tak się zaparła, postawa broniącego się, tylko że to ona jest tutaj siłą nie ja, ona doskonale o tym wie
-nie.
zabolalo mnie to, ale odwrocilam sie do swoich rzeczy, nie to nie i zbiera mi sie na lzy

ale głupia zaczynam mówić do niej dalej, chce powiedzieć, że robi źle, bo się odemnie odwraca, bo nie można się od siebie odwracać, ale ona ma jedynie „miałaś do mnie nie mówic” i zaczynam krzyczeć, zaczynam poprostu krzyczeć, przychodzi artur i mówi, żebym nie krzyczała bo burzę spokój, a wtedy mówię mi że przetchwilą słyszałam jak rozwala nowokupione butelki z wodą i też burzył i żeby nie mówił mi o porządku bo tu nigdy nie ma porządku, przychodzi ojciec, jego roześmiane oczy, pyta mnie, chce coś mi powiedzieć a ja nie chce z tobą rozmawiać, nie mam ochoty, cały czas wydaję z siebie monolog idący w kierunku rozwalenia tego, co już rozwalone, zachowuje sie jak matka gdy ona ma klimat ale ja to mowie bez alkoholu, bez wspomagania oprucz wlasnego sfrustrowania, mowie ze mam gdzies pierdolonego psychiatre do ktorego wlasnie wysyla mnie ola, artur juz wyszedl, wie ze szlag mnie trafil, ojciec chce mi dac w pysk to nadstawiam mu swoja twarz no dalej chce tego po czym on uderza, podnoszę dwie mięsci by się bronic, bo mam ochotę mówię gdy pyta, dlaczego sie bronie, siadam przy biurku i wstaję sprzątam w pokoju, chowam rzeczy i mówię, mówię głośno i bez poczucia konsekwencji, bez niczego, krzyczę a on chce mi coś powiedzieć na co ja, że dyskusja jest niemozliwa bo on nie uznaje zadnych dyskusji on chce mi cos powiedziec a ja mam sluchac na to mowie ze nie bede go słuchała bo nie mam najmniejszej ochoty, krzycze, krzycze, krzycze do nich, na tą jedną wielką zgnilizne, na ten obrzydliwy rozkład

jestem cicho.

już.

mam paznokcie pomalowane na czerwony kolor.
przyszła Al do mnie,
- to bardzo uzależnia, od krzyku potem trudno się uwolnić, mój ojciec wtedy się bardzo tego wystraszył. tak, wystraszył się – dodała po chwili zamyślenia.
wchodzi mój ojciec, pyta z dumną wysokiego nad maluczkim, o te glany, które stoją
- mojego też to wystraszyło.

dalej się uczę, a raczej udaję przed sobą, że coś robię.

teraz matka. matka krzyczy.
słyszę krzyki, to matka krzyczy. teraz matka, matka krzyczy. ojciec siedzi i pije piwo. siedzi już artur, siedzi ola i obserwują jak po alkoholu matka krzyczy. ale nie jest bardzo pijana, zastanawiam się dlaczego robi awanturę. ojciec tez sie dziwi: to juz dwa kieliszki wystarczaja?
- tak tylko dwa, bo juz nie moge zniesc, jak mnie to wykancza, jak aptrzę na to wszystko i dalej mówi
zaczynamy rozmowę o tym, że jest alkhol,
- masz jakis pomysl, zeby bylo lepiej
- nie – odpowiada po chwili
- a mozesz posluchac naszego? bo my mamy
- no?
- mielismy nie pic alkoholu tutaj
i kończy się dyskusja, bo to ich sprawa, ile pija i co i gdzie, i nam gowno do tego, stale powtarzająca się historia z tym jak my to jesteśmy głupi i żebyśmy się wynieśli jak coś się nie podoba
- boisz się krytyki i koniecznie musisz mieć racje
na co on przyznaje mi racje. ale nie bedzie
- przepraszam was bardzo, ale nie zamierzam z wami dyskutowac
trudno nie wierzyc w nic
- bo pytam sie go – mowi matka – pytam sie czy mozemy porozmawiac, czy moge mu zaufac – zbiera sie jej na lzy – a on odpowiada, ze nie ma rozmow
- ale on przeciez zaprasza Cie a to do kina (nigdy sam z siebie jej nie zaprosil) a dzis do sauny
- przeciez wiedzialam, ze szedl z karolem switem, ze swoimi kumplami
- to najlepiej jest rozwalac to co jest, niszczyc
- wasz ojciec jebal dziwke przez czternascie lat a potem ponizal mnie, wykorzystywal, bil- mamo idz spac – słysze ole. siedzi. wylewa się z niej tłuszcz, siedzi na podłodze i agituje na tym, żeby mama nie mówiła nic, żeby szła spać, gdy mówimy coś z arturem, żeby nie było alkoholu, wtedy agituje przeciwko nam, żebyśmy byli cicho, nikt jej nie słucha ale musi powidzieć, poczucie że kogoś broni w coś wierzy, że coś należy, że wszyscy jesteśmy psychicznie chorzy ale ona nas prawidłowo rozsądzi.
- ja Cie bilem? kiedy? – zrobił oczy jak złotówki ale dalej siedzi, rozwalony z wylewającym się tłuszczem, siedzi i pije.
cała ta sytuacja zrobila na mnie duże wrażenie. matka zachowuje sie bardzo podobnie jak ja, jest bądz co bądź prawie trzeźwa, mówi jasno i nie wywala jak z armaty wszystkiego, skupia się na jednej sprawie jakby zalezało jej, żebyśmy coś zrozumieli. chociaż ten jeden element jej cierpienia.
nie sądziłam, że ją bił. nie sądziłam, że ona chciała z nim rozmawiać. wiedziałam, że mojemu ojcu jak coś się nie podoba, jak jest jakaś nawet słuszna krytyka, to spuszcza, spuszcza z wyższością wielkiego nad maluczkim. poniżał ją. obrażał ją. patrzyłam na niego.
- bil, bil wtedy gdy byłes mały –zwraca się do artura, rozmawia z nim – i zapytal Ciebie wtedy, kto był lepszy, on czy ja,
- ja cie bilem?
- biles mnie, biles – tak, ona płacze
- za mało. – i jego uśmiech

(…)
tylko spojrzałam na artura.

nie ma zasad.

już wszystko wolno. spjrzałam na artura, założył ręce za głowę i się wyciąga. odwraca się do niego, ola krzyczy coś, coś wszyscy mówią.

ona zaczęła płakać i krzyczeć przez łzy. nie była pijana. była wszystkiego świadoma. wtedy była wszystkiego świadoma. to powiedział jej syn.

wyszłam. to zaczęło mnie wyżerać od środka, więc wyszłam.

postanowiłam, że bez względu na żadne konsekwencje dość udawania z mojej strony, że mama musi sie leczyć a tate trzeba akceptować, bo się stara.

mama nie będzie się leczyła
a tatę trzeba stępić, bo jest złym człowiekiem.
artur ulega rozkładowi
moja siostra ulega rozkładowi.

wszyscy ulegamy rozkładowi. a ja ciągle wierzyłam, że coś mozna naprawić. jestem głupia. poświęcam siłę na coś, co jest zbędne. trwonię energię bez rozmysłu. trzeba uciekać od tej zgnilizny. trzeba wypłynąć na powierzchnię. nikogo nie interesuje, że jestem „słaba, wrażliwa, potrzebuję fundamentów, nie chcę uleć zniliźnie i nie chcę walczyć o byt”. walka o byt. kto słaby, ulegnie eliminacji. silni pozostaną. bedą zgnilizną, ale zostaną przy życiu.

ja się nie mogę na to zgodzić, żeby mnie wyeliminowano. muszę uciekać.

w szkole na korytarzu w klasie w usmiech i w oderwanie się od realnego, silę się na niewiadomo które wywyższenie wobec siebie samej, staram się i kontempluję, wiecznie kontempluję, a może poprostu nie mam siły wbrew tego, co bym chciała. a chciałabym uczestniczyc, parytycypować, być wyzwolonym, a nie chcę być gdy patrzę na niektórych ludzi z minimalnym udziałem w tą społeczność, biernych, nie chciałabym tak mało jak oni, a przecież tak naprawde najmniej z nich wszystkich w ten zwykły świat wkładam ja. próbuję uzgodnić brak siły z przytemperowaniem chęci, żeby niemożliwe wybić sobie z głowy, żeby spokojnie krok po kroku dojść do tego, co obrałam za cel. uzgadniam tak to wszystko, myślami znajduję by zazepić, zazębić rzeczywistość i swój indywidualizm wyizolowany od reszty świata, próbuję nie zwracać uwagi na to, jak bardzo mnie to boli i jak jest to uciążliwe. szukam sposobu ale nie mogę go znaleść.

wracam do domu.

1 komentarz

nie nie, wiem, to bez sensu, doskonale znam ten schemat, od 13nastego roku zycia, czyli dobrze ponad 5 lat walkuje to samo, wiem, wrazliwosc, brak fundamentow, emocjonalno-psychozyczny burdel na podwórku, wiem, ja wszystko wiem bo pisano o tym seki ksiazek a ja siedzialam na dziesiatkach foteli mowiac o tym samym, robilam wszystko zeby to zmienic ale life is brutal, wiem, kazda filozofia jest dobra do braku odwagi, wiem, nie moge od siebie zbyt duzo wymagac, wiem jakie sa skutki tchórzostwa i wygórowanych wymagań wobec siebie, wiem i pamiętam jak się zwijam na podłodze i wiem, jak ciało się buntuje, moja podświadomość się buntuje, jak rozsądek niewiele może zrobić jeżeli brak jest energii życiowej, ja to wszystko wiem, ja to wszystko rozumiem, znam te zależności, schematy działań, ludzką psychikę, ludzkie słabości, pracę ludzką nad samą sobą, siłę autosugestii, potencjalną siłę motywacji, wiem wszystko. Tetmajer też wszystko wiedział. nie najlepszy z niego autorytet – to chyba oboje wiemy, i on, i ja.

Brak komentarzy

escape

inteligencja miarą przystosowalności
słabość miarą przystosowalności, a raczej jej braku
wrażliwosć miarą słabości
wrażliwość miarą siły.
siła miarą inteligencji.

wypadam z gry.
i chuj im w dupę.

-

czy wszyscy się tak męczycie? jeżeli tak, to skąd wy macie energie na taki cholerny wysiłek?

moja Perełka

Brak komentarzy

-czy można prosić kasię? – tak, już daję kasia kasiu? kasiu? ..kasiu? stoję ze słuchawką przy oknie balkonowym, patrzę na krajobraz jest słonecznie a szyby zaszły parą bo temperatura na zewnątrz jest niska. kasiu kasiu słyszę, jak matka ją woła do mnie, ale nie przychodzi. nie wiem kiedy gdy odbiegam od siebie myślami, przychodzą obrazy wspólnych spacerów w taką pogodę, w każdą pogodę. wczorajsza impreza nie należała do udanych, wiemy to my i artur, i przypominam sobie jak jedyny cel bycia tam przyświecała mi ona, swoją osobą i wyglądem. przytuliła się do mnie w pewnym momęcie, powiedziała że ma często ochotę ale boi się, że ja nie chcę, że to mi się nie spodoba. ja też tego potrzebowałam, ale bałabym się, bo po alkoholu słabości mają inny wymiar, zaskoczyła mnie tym wyznaniem ale udałam, że wszystko jest w porządku, że słabości nie ma, że naturalnie, ja także, przecież wiem.
potem znika na jakieś dwie godziny, za zamkniętymi drzwiami pokoju i wśród ciemności z nim panującej, zniknęła i wiem gdzie jest i co robi, czuję zazdrość, widze, jak nieuchronnie się odemnie oddala. jest mi żal, jest mi przykro bo nie umiem się pogodzić z zupełnie naturalnym biegiem wydarzeń, są dwie bliskie osoby z czego jedna spotyka meżczyznę, element którego nie mam w sobie.

Kasi nie ma, myślałam że jest w domu ale wyszła.

dzisiaj

Brak komentarzy

absorbuje mnie cały wieczór i dzisiejszy dzień rozmowa o tym, że słabsi psychicznie giną, bo naturalna selekcja. bo ludzie bez predyspozycji są eliminowani.

michał nie zdawał sobie sprawy, że własnie z taką osobą rozmawia.
a może chciał mnie zmotywować.

nie zgadzam się. mój idealizm nie zgadza się z tym.

bo choć tak zwierzęcy jesteśmy, to jednak ludzcy. zarówno pod złym jak i dorbym względem; pozytywnym wedle sumienia jak i negatywnym. te pozytywy pozwalają mieć nadzieję na dobre oblicze ludzkości. jakkolwiek by się nie różniła od zwierzęcia.

naturalna selekcja.

czyli jestem przeznaczona do wygnicia. moje nieprzystosowanie jest potrzebne dla umiejetności przystosowania się innych. nie ma boga, nie ma zasad, jest naturalna selekcja wyjmująca spod prawa wszelkie wartości i pojęcie sumienia, które te wartości byłoby w stanie wyegzekwować. nowe sumienia są pozbawione funkcji podstawowej.
jestem tym wystraszona. jak dzicz przeznaczona na ubój.
jestem przerażona prymitywizmem ludzi walczących o byt, o uwagę, wyzbytych z pokory, zapatrzonych w siebie. pod płaszczem obłudy, że ich działaniom przyświeca inny cel, jakby zaprzeczali temu, że woda jest mokra.

stoję przed lustrem. podchodzi on i pyta co się stało. „słońce mnie wykańcza”. jednostko, na ubój.
dziewice które noszą w sobie względną wartość. wartość zawsze jest względna – może to mądrość, może to potencjalny wpływ na rozwój drugiego człowieka, może to napisana książka albo nowy członek populacji, może to przełom w dziedzinie malarstwa albo nowa ideologia wcielona w życie, może to nowy konflikt i konsekwencja – nowe cierpienie, względne zło które stało się wartością, ale dla kogoś innego. po przeciwnej stronie tego samego lustra.

siedzę w 303, zamiast czytać lekturę poddaję się niekończącym rozważaniom.
naturalna selekcja.
w moim ognisku domowym wszyscy poddani zostaliśmy naturalnej selekcji. kto na tym najlepiej wyszedł? myślę, że mój ojciec, choć sam zaczyna gnić. mój brat od brzytwy krwawi, ale jeszcze się nie topi. siedzi na niej. nie wiem co z moją siostrą. wielka niewiadoma, albo wyjdzie najlepiej, albo najgorzej. a ja i matka? choroby psychiczne to kwestia nabyta. to ta selekcja. zostałyśmy wyselekcjonowane?

patrzę na Al. jest taka sama jak ja. a jednak jest w zupełnie innej funkcji względem świata ulokowana. kosmos. marzenie senne. a może zabrakło w jej wypadku selekcji. słabym się pomaga, silnych się wpiera w imię istniejących celów i względnego dobra dla – jeżeli nie ogółu, to – większości.

nie wiem jeszcze nic o selekcji.

jeszcze pomyślę. jeszcze wyewoluuję.

-

bo wiesz, Piotr. ja jestem słaba i ze swoimi frustracjami raczej się nie ukrywam.
to jest tak, że ja mówię że jest mi zimno, a reszta trzyma mordę cicho bo chodźby było 35 stopni to i tak będzie mi zimno. ale Ty powiesz że tobie jest ciepło.
i to się przekłada na wszystko co powiem. Pomyslisz, że albo jaja sobie robie albo zupelnie mi na moim punkcie odbilo – wiesz nie wydaje mi sie, a bralam to pod uwage. bo widzisz, moi znajomi to glownie starsi ludzie, duzo starsi, i gdy kiedykolwiek ktos probowal traktowac mnie z gory, czulam to na kilometr.
to sie w jakis sposob objawia tym, iż probujesz się wcisnąć przedemnie, taka zabawa slowna ktora „spycha antagoniste na drugi plan” siła perswazji. nie ejstem przewrażliwiona, bo to dość długotrwale obserwacje. to samo dotyczy się bartka, ale on sobie lepiej z tym radzi. ja nie. ja zdaje sobie sprawę ze słabości i wad w człowieku, ale życie jest jakie jest, mam inne problemy niz konflikt z Toba i dlatego takie szczegoly urastaja dla mnie niczym drzazga w oku. i dostaję piany, jak po raz kolejny tak robisz. Twoja opinia wyglaszana zawsze i wszedzie męczy, jeżeli nic nie wnosi oprucz tego, że Ty wiesz lepiej. mnie meczy. jestem nieprzystosowana i zamiast to olac mi jest poprostu przykro – dlatego wiec prosze Cie, zebys albo zaprzestal wyglaszania swoich opini „nie masz racji, bo ja wiem lepiej”, albo nie odzywaj sie do mnie w ogole. znow bedzie mi przykro, ale chyba wole to. jestem naprawde slabym czlowiekiem, i gdyby nie to, jestes czlowiekiem ktorego dlugo znam i ktory zna mnie, poprostu bym Cie spuscila, wziela na strone i „opierdolila”, ale ja tak nie chce. gdyby nie to, ze chodzimy razem do jednej klasy, odsunelabym sie od Ciebie i pozbawila sie tym samym klopotu.
dlatego jeszcze raz prosze: nie rob mi przykrosci wywyzszajac sie, nie wiem skad Ci sie to wzielo od czasu wakacji (potrzeba dominacji osob slabych nad osobami slabszymy jest znana w psychologii, i znam ją dożylnie.)

zona ja

Brak komentarzy

warunkiem na lepsze życie jest wyniesienie się stąd. warunkiem na wyniesienie się stąd jest nauka matura studia akademik. warunkiem na nauke mature studia i akademik jest bytry wzrok i skupienie. warunkiem na bystry wzrok i skupienie jest odciążenie ramion, by psyche nie zachodziła mi mgłą na oczy i umysł. warunkiem na obciążenie ramion jest wyniesienie się stąd. wyniesienie się stąd jest watunkiem na lepsze życie.

dorośli to tacy, którzy umieliby z tego wybrnąć.

oni wspaniali

Brak komentarzy

w szkole widzę tylko ciemność. i to, że nauczyciele mnie lubią. szczególnie wuefiści. lubię ich. są dorośli. cholernie lubię dorosłych. potencjalnie innych od tych, których znałam od dzieciństwa u mnie w domu.

uwielbiam dorosłych.

uwielbiam na nich patrzeć. uwielbiam obserwowac ich zachowania. to jak się do mnie zwracają. uwielbiam to, jak niektórzy z nich walczą i zwalczyli prymitywizm w sobie. dorośli są pracowici. nauczyciele są wspaniali.

pieleńgniarka szkolna jest wspaniała. historyk jest fascynujący. wuefista daje nadzieje na to, że można być spokojnym mimo, że życie jest złe.


  • RSS