zona blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 11.2005

Brak komentarzy

ratunku, ja puchnę, ratunku, popłaczę i wypłaczę wielkie kilogramy żalu, wezbraną wodę w trzęsących się w komórkach ciała; ty się odchudzasz czy ty zawsze bylas taka sucha miesiączkowanie, muszę ważyć 55, koniecznie trzymać 55 dwa miesiące, koniecznie żeby jajniki ruszyły, koniecznie..

uciekamy

Brak komentarzy

dlaczego nikt nie pomyśli o jego pacjentach? dlaczego jego dzieci, dzieci które zostały osierocone. znam dwie osoby, którym samson pomógł, człowiek z jego wiedzą nie poradziłby sobie krzywdząc dzieci na tle seksualnym, taka modyfikacja psychiczna zjadłaby go, a jej wykrycie nie trwałoby tak długo, jak długo trwa ten proces. nie rozumiem, czytam wywiady, czytam kolejne artykóły, zastanawiam się intensywnie, dlaczego, skoro terapia przynosiła efekty, dlaczego zabijać w zarodku takie osiągnięcia? jak zawsze dwie strony medalu i rzesze ludzi przeciwnych i zgodnych i to prawo miażdzące wszelkie cele, ja to wszystko wiem, tylko żałuję, że tak wybitny człowiek marnuje się z powodu nadinterpretacji i zachłanności rodziców dzieci „pokrzywdzonych” przez „seksualne zboczenia” człowieka, który tym dzieciom pomagał dojść do siebie.

so….

Brak komentarzy

cały poprzedni tydzień rozwodzę się myślami wokół dwóch, do reszty absorbujących mnie tematów, topiki z rodzaju mojej płciowości, czyli moja owulacja i on. sobota przebiega zgodnie z prawem sobotnim, wszystko w najlepszym porządku; jezu, myślę, wspominam i przywołuję konkretne daty, chronologie zdarzeń, klawiatura mi się zacina, zacierają mi się najważniejsze sensy mojego zmąconego emocjonalnego spokoju. trzeba to uzwnętrznić. szybko, już;

teraz jestem odmieniona. mam nowy biustonosz, koronkowy, sztywny na moim nagim ciele niczym gorset, piłuje mnie w moje ramiona, piłuje mnie w okolicy pach, kształtuje mi biust. jeszcze wcześniej, to była sobota a ja wsiadłam w 521 sama nie będąc pewna tego, co robię. nie chciałam tam jechać; ostatnio nie doceniam w żaden należyty sposób ludzi, którzy pojawiają się podczas mojego dnia, spycham ich na niższe półki swojego chcenia i niechcenia, traktując ich niemal jak narkotyk, od którego rozsądek się broni – tutaj zamiast tego rozsądku jest poprostu brak chęci na podjęcie wysiłku percepcji. jadę w tym, chociaż tyle dobrego – ciepłym autobusie, udaje że czytam Granice Naukowskiej, ale tak naprawde przyglądam się ludziom wsiadającym i wysiadającym.
jestem już na miejscu, idę, jest mi zimno. próbuję rozpoznać okolicę, bowiem niedawno byłam w tym samym miejscu.. przypomina mi się blok, klatka, dzwonię. schodzi facet gospodyni, który w rzeczywistości jest gosporzdarzem pierwotnym, poznaję kogoś, kto jak ja czekał pod klatką, wchodzimy, tzn ja wchodzę bo to właśnie pamiętam. spotykam znajome twarze, zawsze wszędzie pełno znajomych twarz pozbawionych tego, czego chce każda z nich; charakterystycznego miejsca w życiu drugiego człowieka. pełno dla pełności, wszech dla wszelakich obrazów, witam się,
-co Ty tu robisz? – widzę, jestem zaskoczoa, a przeciez wiedziałam, że będzie. jestem podekscytowana, poznam tego ciekawego człowieka. tego ciekawego.
- jesteśmy w kuchni – a ja chcę się ogarnąć, spojrzeć na całość imprezy z dystansem, określić jej walor, tudziez się poprostu przywitać. wiedziałam, że do niego wrócę.
i wróciłam. wchodzę do kuchni, tam, gdzie mówił, że będą.
i zaczyna się wieczór, zaczyna się powoli, z całym majestatem nieznanego i podniecenia ciekawością, zaczyna się dla mnie etap wybudzania się moich emocji wobec drugiego człowieka. bo siedzimy razem w kuchni, robię sobie herbatę, żartujemy i wygłupiamy się, cay czas nie patrzę na niego, bo nie chcę na niego patrzeć, chcę by bez skrępowania mógł patrzeć na mnie, chcę by się upajał moją ciekawością, chcę wierzyć, że jest ciekaw, chcę wierzyć, że na mnie patrzy. chcę się tym cieszyć. cieszy mnie sama myśl. rozmawiamy o ciąży, o rysunku i o seksie, wygłupiam się nie patrząc na to, że wchodzę w kogoś innego. taka jestem, gdy niewiele się dla mnie liczy i w niewiele rzeczy wierzę. chciałam się oderwać od rzewczywistości, zawsze tego chciałam, teraz udało mi się to osiągnąć. byłam tam, ale nikt mnie nie widział naprawdę.
nasza znajoma się smieje, zeswata nas razem, cóż to skoro ja miałam do niego słabość już dużo wcześniej, długo przed tym nim poznałam jego imie. wspomnienia przeplatają się miedzy sobą; bo ja poznałam Cię już w autobusie. w tym vehikule ludzkich istnień, gdzie choć każdy jest boleśnie i zupełnie spokojnie w tej bolesności anonimowy, bez skargi, bez zażaleń najmniejszych, tam Cię dostrzegłam i byłeś obiektem moich rozważań przez te 15 minut wspólnej trasy. przyglądam się ludziom, nie zważając na to, że ingeruję w ich terytorium, w ich właśną przestrzeń wobec foteli czy stojących i nie ważących się spojrzeć na innego człowieka, uciekających bezpiecznie w wybawienne autobusowe okno. widzisz, Asiu, mnie nie trzeba swatać. słyszę różne kwestie, jestem ładniejsza i fajniejsza od brata, cóż to znaczy, idziemy po piwo do sklepu, nie chcesz iść z nami bo chcesz nas zostawić samemu, patrzę na Ciebie nie na niego, cały czas skupiona jestem na Tobie, nie na nim. dostanie dość jeszcze mojej aprobaty.
i idziemy, palimy papierosy, śmiejemy się ze stosunków seksualnych, ojej, nic z tego chyba nie będzie dzisiaj, uśmiecham się i zachowuję jakby to było coś zupełnie naturalnego, jak dobrze, że nie skusiłam się i nie pocałowałam jej wtedy na balkonie. nie ważne, kogo woli batrdziej artur; mnie czy Ciebie, nie ważne że tańczyłam z nim a Ty to widziałeś, pokazując mi, wychodzisz, z pokoju, ja to widzę, cień twojej sylwestki bo tyle mi dostrzec pozwala światło z kuchni nieopodal, i jak stoimy sami na balkonie, Ty bez niczego a ja w Twojej kurtce, i mówimy o książkach, o Twojej prozie jak mogłeś coś takiego napisać? nie znasz mojego sposobu na autodestrukcję, napewno nie. – w internecie jest wszystko – jak mówisz, jak mówisz i masz świętą rację. w czym jestem gorsza od tych, od nich, co mówią, jestem młoda, śmieję się bo przecież nie pierwszy raz i zawsze tak, że najmłodsza i te uwagi, i te pobłażliwości, a mówisz mi na to oni Ci zazdroszczą, nie zważając na to, że faktycznie młodsza jestem od Ciebie, i dziewicze mam ciało, choć dając Ci tą całą papkę z gry i wygłupów i z niejasnych sentencji i sprzecznych ze sobą wniosków o otaczającej Ciebie mojej osobie. bacznie się przyglądam i mogę tylko dywagować, nierozumiejąc dokońca dlaczego „poświęcasz mi swój czas i swoje wino” na mnie, skoro mogłabym wydać Ci się jutro kimś zupełnie nie na miejscu; kimś, koso setki razy spotyka się w ciągu trimestru imprez rozpoczynających rok akademicki, kto, choć ciekawy, po pierwszych 25 minutach wspólnej rozmowy wydaje się być przekalkowany, przerysowany do głodnego dna i nie pozostawia po sobie nic jak tylko poczucie marności i straconego czasu. niskie poczucie wartości to nie tak, ja poprostu mam jakiś sposób, muszę. wciskam sobie między myśli tą możliwość i nie mogę się w istocie nadziwić, jak to dobrze, mimo, iż nie syntetyzuję feromonów, mimo, że moje jajniki spią od miesięcy snem zimowym, mimo, iż „nic z tego nie będzie” jest ze mną, rozmawia i słucha, i chłonę każde jego słowo i spojrzenie jak gąbka.
wolę nie żyć niż deptać, bo deptanie nie jest warte życia, no cóż, to jestem osobą tragiczną skazaną na klęskę, nie wolno pozbawiać kogoś życia, śmieję się z nim, ciągle się uśmiecham, wszystko choć ważne jest zupełnie nie na poważnie, wszystko we mnie jest umotywowane tobą, umotywowane nim, bo to jego noc. w zasadzie nie mam nic do stracenia, w zasadzie jestem na tyle samoskontrolowana, że nie będzie nic, nic czego miałabym żałowac. ale tańczymy, tańczymy, obejmuje mnie, jak mały wątły chłopcvzyk podnosi mnie do góry a ja obejmuję mu szyję jak dorsastająca nastolatka, pełna radości chwili, radości wynikającej z prostoty radości poprzedniej. i wszystko kręci się wokół jego osi, moja fascynacja i czas, i słowa i myśli, i cała moja uwaga, tańcyzmy zdejmując podkoszulki chłopakom tańczymy kankana chłopcy, na cześć gospodyni, unosi się męski zapach, wystarczyło zdjąć kilka okryć na torsy.. myślę, że jest drobny, że jest gładki, jest jest delikatny i zupełnie „czysty”. mimo wszystko to, co słyszałam i widziałam, całość buduje jego osoba, którą w końcu miałam okazję zobaczyć i poznać i poczuć nawet to, jak dobrze mi jest w jego spontanicznym objęciu podczas jednej z nowodyskotekoworockowych z płyty mojego brata.

myślę, że znam innego człowieka tylko z książek. książki to moje jedyne porozumienie z drugim człowiekiem, moje jedyne otwarcie się na niego, i jego również. nie zdolna do samorzutnego wytworzenia takiej relacji podczas częstych spotkań w grupie, podczas odurzania się, inhalowania nikotyną i rozmowami, podczas gdy kreuję siebie dla samej siebie i dla tego drobnego ułamku świata nie starcza ani czasu ani już sił na to, by całokształt objąć jedną myślą czy chociażby próbować dokonać najprostrzych refleksji. pozwalać innym, i sobie również, na wspołne wnioski ze wspólnych życiorysów. tą szlachetną zdolnosć posiadają tylko Ci, którzy zainwestowali należycie dużo siebie, swojej cierpliwości i czasu, i ja także. nie wiem, to chyba tak powinno być. powinno być, różnie jest w istocie, a rzeczywisty stan jest taki, że wybieram przedewszystkim ucieczkę.

nie ma nic gorszego.

jakże nieznośnia jest samotność, nic nic nic nigdy gorszego, nic nigdy nigdy nigdy.

-
dostałam nagle wielkiego apetytu. rozmawiałam we wtorek z endokrynologiem, rozmawiałam o tym, że wszystko w porządku ale anoreksja odejmuje mi od czasu-do czasu niezbędne kilogrami, nie mam rezerwy na wahania wagi, i za każdym razem spadam poniżej poprzeczki, za każdy razem oddalam się o krok od niej, od mojej kobiety, od dojrzania Graafa. więc mam przytyć, jak najszybciej przytyć do 55, i trzymać wagę conajmniej dwa miesiace.

potem płaczę, denerwuję się, tata zaleca 56, a ja wpadam w złość, w panikę, nic nie rozumiesz, dlaczego? bo mam dosć niepowodzeń, mam dośc ciągłucj starań i niespełniających się samospełniających prognoz, gdy założenia nie wychodzą, nie zgadzają się z wynikami. i że to frustruje, że się potwornie boję, że ich alkohol, że nie ma rdzeni, że zachowuję się tak a nie innaczej, i on też się tłumaczy, że nie ma już sił, że musi pracować, że matka… kolejna rozmowa w samochodzie, gdzie mówię ojc o wszystkim bez jakichkolwiek zachamowań, bo przecież zostaje mi tylko mu mówić o wszystkim, o wszystkim i o niczym mniej niż to.
nigdy mnie nie słuchał, zawsze za to wiedział lepiej, udowadniał mi jego prawidłowości. tym razem, u kresu sił, u kredsu wytrzymałości na zastany stan rzewczywistu pyta mnie i sumennie słucha, w desperacji nawet nie podejmuje walki z rzucanymi mu i oczerniającymi go wnioskami, słucha i dalej się dopytuje. nigdy mnie nie słuchał, a teraz milczy i zadaje pytania.

-
nieważne. nieważne, bo po całej tej rozmowie z lekarzem dostałam apetytu. fizyczny głód dopadał mnie co chwila, zaraz po posiłku zapominałam,że cokolwiek jadłam by po dwuch godzinach pomyśleć, że mnie ssie. i jem, i jem i czuję się świetnie. nie mam wrażenia, że noszę w sobie cały wszechświat wielkich domowych dyskusji i żalu że świat jest niesprawiedliwy.

i dzisiaj w szkole, po trzech dniach klinicznego odblokowanego głodu, znalazłąm ślad na wewnętrznej stronie ciemnogranatowej bielizny. ślad, ślad, że coś we mnie ejszcze żyje.

biała naleciałość, biały, subtelny pław, przubliżyłam bezwstydnie do ust, ucałowałam, ukochałam, boże, matko boska, daj mi rodzic dzieci, daj mi owulacje, proszę, błagam, całuję i błagam ze łzami, bo nie myślę o niczym innym jak o tym, by mieć kiedyś z kimś dziecko, własne, wrażliwe na piękno tego świata dziecko, takie jak ja, żeby mu dać wszystko, wszystko co chciałabym mieć.

-
szukamy piwa dla nas w plecaku brata mojego, znajduję flakonik z wodą koloską, uwielbiam ten zapach pokazuję mu kazirodcze uczucia uśmiecha się do mnie, jego uśmiech w mojej pamięci będzie na zawsze mój i on mi go nie zabierze; ukochałam brata z desperacji, bo jest taki sam jak ja, bo nic mu nie trzeba tłumaczyć, bo płynie w nim moja krew, bo jest moim męskim obliczem, moim upragnionym odrealnieniem.
mocniej, przyciągam go do siebie, mocniej… śmiejemy się; też nie umiem tańczyć. a lie. in one tańczę najlepiej.
wychodzimy, bo godzina trzecia a ja wiem, wracamy podobnie więc zabiorę się z nim, wiem, że wypaliłam za dużo, wiem, zaciągnęłam się wtedy na balkonie, wychiliłam do tyłu, dopuściłam by nikotyna przżarła mnie na wskroś. to był błąd, czułam jak jest mi niedobrze, jak zbiera mi się na wymioty a przecież nie może być mowy nawet o kontrolnym rzyganiu bo w tej łazience nie zamykają się drzwi.
wychodzimy na zimne powietrze a mi jest gorąco, próbuję inhalować się tlenem, odtruć się od dymu papierosowego. zostawiamy ją w autobisie
-zostawiłeś ją – mówię, gdy pierwsze torsje zostawiły moje ciało w spokoju i coś już widze poza tym, żeby poradzić sobie z torsjami. jesteśmy na centralnym, wychodzimy, ona zostaje w autobusie i jedzie do siebie, my jedziemy do nas
-to ona nas zostawila. wsiadamy do 610, ostatnia nasza trasa. siadam, opieram kolana o podwyższone siedzenie, on robi to samo. nie wierzysz w horoskopy, nie – jest z pod znaku raka, śmieję się no tak, artur miał niedawno urodziny. śmieję się, bo nie wierzysz a ja nie wierzę, a wiem, gnostyka mocno odcisnęła mi się na świadomości. mówimy o deptaniu, patrzę na niego a on na mnie, cholera chce mi się spać, ciało nie słucha się mnie tak nie powinno być, uskarżam się, bo oczy same mi się zamyają, byłam zmęczona zanim w ogole spotkałam się tego dnia z Grzegorzem. pyta mnie ejszcze gdzie mamy wysiąść, za budkami bazarku, zamykam oczy, odpływam, myślę o tym że nie dam rady, że słabość wobec snu jest silniejsza choć już wytrzeźwiałam, i że zamknę oczy a on będzie patrzył i bój się boga co pomnyśli.
Jesteśmy już przy bazarku, słyszę jego głos. już?
wysiadamy. mamy prawo się obijać nie byłeś u nas jeszcze no tak, będzie miał w końcu okazję zobaczyć.
nakierowuję go na jego dom. nie zaproszę Cię na herbatę. nie pocałowałam go na do widzenia, nie pocałowałam w policzek.
pobiegłam na górę. zwróciłam zło. poszłam spać. rano wstałam inna niż zawsze. i tak do dzisiaj.

poczcie winy

Brak komentarzy

ojciec przeprasza za każdym razem, gdy jego pełne alkoholu żrenice widzą w moich jakieś rzekome zniechęcenie, i strach, i to całe zło które alkohol czyni z naszym życiem. rozmawialiśmy na ten temat wtedy, w samochodzie, gdzie nie ma dokąd uciec ani jak urwac niewygodnych mu moich oracji. patrzył przed siebie, wiózł mnie do szpitala, na badanie, do Lodzi, za wizytę zapłacił setkę i dalej patrzył w to samo okno, słuchał mnie i nie próbował udowodnić mi, że nie mam racji, how he used to do.
a teraz, dzisiaj, teraz przewrażliwony jak musi wypić prawie mnie przeprasza. płaszczy się, nie kpi sobie, szczerze hoduje w sobie poczucie winy. ale jest zbyt pijany, żeby widzeć, że przywykłam i że nawet nie zauwazam. jesteś nawalony; chwała Ci za to, a ja jestem obojętna. ja naprawdę jestem obojętna. nie zauważyłam tego wcześniej, ale teraz widzę. po takim czasie, w końcu, zabawne to jak dobrze.

to już tydzień. przejmuje mój dzień codzień zaduma, kreowanie sobie w wyobraźni słów i gestów, przypominanie sobie i radość z przywoływanych wizji, karmię się żeby nie obumrzeć z głodu. jestem głodna, jestem zafascynowana i wygłodniała. nie pierwszy raz widzę kogoś po raz pierwszy i sam fakt, ten sam fakt wystarczy mojemu leciutkiemu, zwiewnemu jestestwu na dopasowanie sobie odpowiednio silnych wrażeń i przeżywanie równie zajmujących emocji. scenariusz sie powtarza, szukam jego imienia w notatkach brata, w końcu znają się tak długo, szukam jego tekstów, zwierciadeł. mój jedyny kontakt z drugim człowiekiem zawsze przez książki, są dla mnie niewymownie ważne, patrzył na mnie z tą swoją dziecięcą prostotą i czystością, sprzeczność odbierania przezemnie jego osoby wynika nie z obłud a raczej z wielowątkowości, złożoności postaci, wielowarstwowości.

puzzle układają się w śliczną mozaikę, kuszącą wizję, nic tylko zjeść ciastko i cieszyć się sączącą się słodyczą od wewnątrz, wyobrażać sobie ją.

a myślę, że właśnie teraz jego scenariusz się powiela i nie widzi nic poza tym, że jest sobotnia noc. a ja karmię się, i naprawde, cieszy mnie ta moc sprawcza do działania, do konstruktywności, chodźby nie miało to najmniejszego sensu wobec niego. w pełni świadomości swojej naiwności, swojej umiejętności wybuchów podczas wielotygodniowego snu, teraz mam chwile dla siebie, żeby trochę polatać.

więc latam. latam do następnego razu.

pisząc do niej z wyrazem pełnej pretensji, że zapomniała o mnie, że zmieniła plany dotyczące mnie dotyczące nas jakby machnęła ręką, nic mi nie mówiąc o tym.. piszę, miotam się między postawami, zastanawiając się w biegu żeby tylko nie wyjść na rozgoryczoną, na naiwnie ufającą w to, że skoro mówi że spotykamy się w piątek i w sobotę idąc do klubu to tak będzie w istocie, choć to brzmi nieprawdopodobnie.
gdyby nie ta sytuacja nie mogłoby dojść do tej konftrontacji, która dała mi i jej po raz kolejny nowsze spojrzenie na naszą relację, na mój stosunek do niej, widzę dokładnie jak się ona czuje, pod presją mojej osoby, wiem, pod presją obowiązku, dzwoni do mnie i pisze bo wie, że musi. nasza rozmowa sprowadza się do prostych stwierdzeń, jak zawsze mówimy wszystko po prostu, i choć to wspaniałe mówić o swoich uczuciach, może jednak będzie lepiej, jak nie wszystko zostanie wypowiedziane. ona nie wie skąd to się u mnie wzięło, a ja sądzę, a ja się poprostu tłumaczę sama przed sobą, że to uczucia Grzegorza, że to moje uczucia Grzegorza zostały jej powierzone, jak pozostała reszta, jak to do ojca, matki, do siostry, jest moją kochanką przecież, wszystkim co mam. nasz asytuacja z biegiem lat się zmienia, ona się zbliża do rodziców, ja przed nimi coraz mocniej próbuję się izolować i od tego, jakim bagnem się otaczają, ona wypływa na głębiny dyustansu wobec brata, a ja się topię w zależnościach emocjonalnych wobec swojego. cóż, ona ma mężczyznę, któremu oddaję drugą połowę siebie (choć zawsze mówi, że dzieląc się pomiędzy nas dwoje ja zawsze jestem wyżej, że Robert na to przystaje, i wiem, że to też presja i to moja wina.), a ja dopiero co się rozstałam po siedmiu miesiącach z kimś, kto pracował na to, by oddać mu duszę, i gdy właśnie położyłam siebie na dłonie i wysunęłam przed jego rozczarowane nami i światem oblicze, on nagle ucieka, ucieka ode mnie i odpowiedzialności. i sinusoida zatoczyła swoj dolny bieg.
nie należy robić rachunku sumienia, zawsze wychodzi się tedy na minus. owszem trudno się powstrzymać, szczególnie jak nieosiągalny ideał stoi tuż przed tobą. stanie wraz z nim krok w krok i zamykanie się na resztę świata pod płaszczem ograniczeń i zaburzeń psychicznych, to nie był dobry pomyśł, wiem to doskonale i choć zdaje sobie sprawe z tego, że to przeszło trzeci rok, i że na tym mam same straty, zamiast patrzęć na świat przedewszystkim patrzę na siebie, i zapomniałam już jak to jest słuchać drugiej osoby, będąc wsłuchana w siebie i doszukując się błędów systematycznych, które utrudniają mi funkcojonwanie, bezwiednie poglegając właśnie takiemu błędowi, w momęcie, gdy o tym piszę.

-
rozklejam się podczas rozmowy bo dobiera się do mnie właśnie ta chwilowa rozpacz, gdy – przynajmniej jak domniemam – rozumiem stan, w jakim się znajduję i choć nie raz miałam dołka, choć depresja zjadała moje wnętrzności przez dobry rok, to nigdy tego stanu rzeczy nie odczuwałam.
wiem co ona czuje, wiem widzę jej powoli wzrastającą frustrację. aż boję się próbować postawić na jej miejscu. przychodzi do mnie po jakimś czasie, siadamy u mnie w pokoju, chwilę milczymy w obliczu lampy nocnej – do czasu gdy aż zaczniemy się znacząco uśmiechać, prawie śmiać, bo przecież wszystko zostało powiedziane. po raz pierwszy taka rozmowa przebiegła przez internet, myślę, ze to dobrze bo innaczej obie rozkleiłybyśmy się dużo wcześniej, ona też płakała, obie płakałyśmy paytrząc na monitory swoich komputerów a teraz obie czujemy ulgę, wszystko przetrawione przez tą przerwę między internetem a moim pokojem i moją lampką nocną.

czuję ulgę, wiem, że następnego dnia jadę na spotkanie „z ludźmi”, jadę jeszcze nie wiem gdzie i kto będzie ale ja nasilę się odrobiną narkotyzującego wpływu i poczucia spełnienia społecznego. następnego dnia siedzimy razem z Al w pubie, pijemy piwo, nalano nam za dużo soku malinowego
-dobrze jest spotykać się z Tobą, – mówię, obie mamy wrażenie jakbyśmy nie widziały się całe tygodnie – bez tego ciężaru emocjonalnego, który uwieszony był na Tobie i na mnie
-ciężaru emocjonalnego, jak to brzmi, jesteśmy dla siebie ciężarem – uśmiecha się
-sama teraz nie wiem, o czym możemy sobie mówić a o czym nie, żeby zachować granice, sama nie wiem co jest we mnie normalne a co nie, i Ty się w tym gubisz – zgubiła się i uległa temu – ale przynajmniej nabrałam powietrza w płuca, dobrze znów cieszyć się samą Twoją świadomością, a nie jeść rozpacz z powodu presji, jaką Tobie narzucam przez pośrednictwo Twojej osoby, rozpaczy że nasze spotkania do niczego nie dążą poza tym, że rozgoryczenie we mnie rosło a w Tobie zniewolenie i słabość wobec mnie i to dojmujące uczucie, że nie wiadomo, gdzie szukać wyjścia.

kobieta

1 komentarz

deszcz nie przyszedł.
kochanek nie przyszedł.

chodzę po ziemi w miarę równomiernie, tylko zdrowie nie to, tylko moja fizyczność krzyczy że wcale nie jest wszystko w odpowiednich proporcjach.

jesień, a mi chce się chłonąć świat. połykam więc wszystko w męczącej zadumie, bo sowa nie ma prawa głosu, patrzę i patrzę. na przykład widzę, tvp2, Pani Olejnik dyskutuje o in vitro, zabawne dzisiaj powiedziałam koledze z klasy, prowokująco alcz prawdziwie, że w zasadzie ja byłabym gotowa, że w zasadzie in vitro, spojrzał na mnie z udawanym ale szczerym obrzydzeniem. i teraz jakiś poseł mówi w telewizji o tym, jak bardzo nie etyczne, równoznacza? aborcja i in vitro, bo przecież dzieci są mordowane, w probówkach, masowe aborcje, tysiące dzieciaków.

ma chłopiec wyrobione poglądy, ma wszystko, rzuca hasłami moralitycznymi i kościołem, a z rękawa wysykują się jakieś niemrawe frazesy pozbawione rozsądku (nie mówie tu ani nawet nie myślę o empatii czy socjologii problemu).

jeszcze brakuje, żebym usłyszała, że kobieta przyjmujaca komórkę plemnikową od nieznanego mężczyzny, jakoby sprzedawałaby się, była poprostu dziwką.

-
a ja myślę, że jestem bezpłodna. myślę, że od lutego nie dojrzewają pęcherzyki Graafa, że coś nie tak z fukcją wydzielniczą przysadki mózgowej LH i FSH.
nie jestem więc kobietą? nie interesuję odmacicznie żadnego mężczyzny, przypominają mi się badania zdjęcia kobiet „nieatrakcyjncyh” stają się „atrakcyjne” podczas owulacji, bo ich kobiegość prominiuje nawet przez kliszę, nawet przez papier fotograficzny.
-

nie interesowało mnie to, półroku cieszyłam się jak małe dziecko że oto przestałam, oto nie ma kłopotu, nie ma krwi, nie ma moje wnętrza zpływającego ze mnie. któregoś wieczoru zachciałam być matką, rysowałam kobiety w ciąży, patrzyłam na kobiety w ciąży i na jej dzieci, któregoś wieczoru nie mogłam spać z przerażenia, że jestem bezpłodna nieodwracalnie.
nie, nie może być, nie może.

domowy

Brak komentarzy

jest coraz zimniej, coraz ostrzej chłód wciska mi się pod kurtkę skurzaną, wygląda na to że czas zamienić ją na długi płaszcz bawełniany.
idzie zima, jutro ma ponoć spaśc pierwszy śnieg. takie okrutne piękno, na sój spodób czeka się go cały rok, nawet latem gdy jest 35 stopni i nie ma już czym oddychać. szkoda, myślę, tylko szkoda, że tak mało miałam okazji posłuchać głosu mojego jesiennego kochanka, jak on, spokojnie lub pełen temperamentu, ale zawsze czule mówi do mnie zawsze ciepłe dźwięki.

biję się ostatnio z rozważaniami odnośnie mojego domu, czasem się widzi w małoambitnych serialach telewizyjnych lub innych filmowych nicościach, jak rodzina, gdzie są już dzieci dorosłe i są wnuki i to wygląda jak takie zło konieczne, zbtka ludzi nienawidząca się i stroniąca od siebie. zastanawiam się jak to będzie wyglądało w naszym wypadku, jaka będzie moja siostra za kilka lat podczas gdy teraz o kwadratowej podstawie ciała i odbieraniu całego świata jako niekończące się ataki które trzeba odbierać atakami, jak ona się przeistoczy? co z moją matką, która gardzi i jest ślepa, bo życie jest złę? jaki będzie mój brat, albo kpiący z każdej nieważne jak ważnej dla kogokolwiek sprawy wewnątrz skupisko przerażenia i zblazowania, jak będzie z moim ojcem, który z „wielkiego człowieka”, który nie chciał słuchać nikogo, wszystko, co mówiłam, a co pokazywało mu brak racji po jego stronie spuszczał z pełnią majestatu, i po tym wszystkim stał się pełen żalu wobec nas, wobec mnie, zmęczony z poczuciem wykorzystania, braku szacunku i zniechęcenia, dalej nie słuchąc tego co mówię ja albo artur, nie biorąc pod uwagę tego co najważniejsze, uciekając od odpowiedzialności skoro jej nie ma na papierze, skoro nikt niczego mu nie może udowodnić. najpierw byłam dla niego kontrachentem, teraz jestem wyzyskującym wrogiem.

co będzie z naszymi układami, co z układem ojciec artur, mama ola i ja pośrodku, co będzie z rodzicami?

-nie da się naprawić Twojej rodziny – słyszę. nie da się zmusić ich do leczenia, nie chcą się leczyć, wolą tkwić w swoim cierpieniu, żalu, rozgoryczeniu, w poczuciu, że skoro wszyscy plugawią to oni też mogą. wszelkie starania zmiany – nie ważne czy ktwią we mnie, w arturze czy ojcu, tłamszone są w zarodku i wywołują zniechęcdenie.

zastanawiam się, nie wiem co robić. każdy wytworzył sobie jakieś systemy obronne, moja siostra krzyczy przez sen albo mówi do siebie z rozpaczą rano i pojękuje pod nosem, artur kpi w żywe oczy, kpi, kpi i z niczym się nie liczy, nie ma go w domu; matka wstrzykuje w skroń codzienną dawkę jadu, ojciec, ojciec trzyma się twardo logiki. naiwnie ciągle nie umiem i ja znaleść takiego systemu obronnego. na wszystko reagowałam bieganiem; szybko przestało działać. po tym tylko rozklejałam się z każdego powodu. bo powiedział, bo zrobiła, bo dlaczego nie chce zastanowić się, bo przecież to nie prawda, dlaczego nie chce słuchać, dlaczego patrzy tylko na siebie, dlaczego wszyscy depczą po każdym, dlaczego tego nie można zmienić, dlaczego nikt nikogo nie słucha

i to samo poza domem, i to samo w miejscu pracy albo nauki, tylko popołudniowe spotkania są inne. są wyzwolone i z białej karty uwydatniają się tylko same superlatywy. ale tylko wtedy i też nie chcę mieć pewności. normalnie jest tak samo. obserwuję z milczeniem na ustach i im dłużej patrzę tym gorzej to wszystko się jawi w rzewczywistości.

myślę, że nie chcę żyć depcząc, bo życie niewarte jest deptania. zastanawiam się, kiedy w końcu ktoś mnie tego życia pozbawi.

narazie pozbawiają mnie jelita. jelita, taki zespół, tak bywa. pani wyjdzie za mąż, dzieciaka urodziny, pani i jelitka, nie będzie kłopotu.

samotność

Brak komentarzy

myślę o jutrze. niedzielny poranek i start w ten mniej odrealniony tryb zanurzania się w „rzeczywistość”. wstanę jutro pewnie koło 10, będę musiała przyswoić wiedzę której nie chcę, ale przynajmniej będę sama. taka samotność jest potrzebna jako zabieg higieniczny. acz ostatnimi czasy wiem, że samotność, wtedy gdy wie się o niej i nie zgadza się z nia jest czymś najgorszym. najbardziej zjadliwym dla człowieka, jest po prostu nie do zniesienia.

poczułam spełnienie. nasyciłam się. dlatego potrzebuję i chcę dla siebie ciszy, samotności. albo innaczej. to nie tak, bo myślę, że nie ma „samotności dla siebie”. samotność to potworne zło.

jak to więc nazwać? obcowanie na wyłączność? ta cisza jutro, cisza niedzielnego poranka.

to wszystko przypomina mi przenikanie się kilku światów. pisałam kilkanaście godzin opowiadanie, opowiadanie na konkurs, te trzy dni po prostu przemknęły się niezauważone, nawet uwaga zła zniknęła. nie myślałam, „nie jadłam” to był trans, i wysłałam to, wysłałam na trzy godziny przed 00:01, kiedy zaczyna się nowy dzień 11 listopada i kiedy upływa termin nadsyłania prac. była wtedy 21, wybiegłam z domu bo wiedziałam że oni się spotykają, kilka osób. nie ważne ile jeszcze będą siedzieli (dość późno już), miałam dobry nastrój, byłam nie tyle zmęczona ile spełniona. siedzimy w helikonie, nawet myślałam że Grzegorz będzie ale to nie było, rozmawiam ze znajomą o niebanalnej urodzie o fotografii, maturze i książkach, pijemy belfasta i palimy papierosy; musze zacząć chodzić ze swoją paczką papierosów na takie spotkania w pubie bo to przestaje być zabawne żebym zawsze prosiła kogoś o częstunek. Kolega daje mi wejściówkę na jutrzejszą imprezę w lemon clubie, nieważne że w sobotę rano kursy. spadłeś mi z nieba, napenwo będę, od jakiejś 12 to tak, najlepsza pora na start, dzięki za drugą ulotkę, może wezmę Grzegorza..
Artur odwozi olę, ja wracam do domu z Pawlem. przestałam myśleć o sobie i zaczynam mówić o sprawach świata i innych ludzi, jak dobrze, jestem zmęczona i spełniona jednocześnie. budzę się późno, słyszę przyszli Andrew z Ro i wiem, muszę się przywitać i dać materiały, które mi pożyczył Andrew. wstaję, wsuwam na siebie spodnie i bluzkę, wymykam się do łazieki i jakoś ogarniam. nowy dzień przyświecał mi lekturze książki, sama myśl o czytaniu powodowała zadowolenie wolnym dniem, sama myśl o imprezie w nowootwartym klubie a wcześniej piwo z Al, pierwsze piwo z Al odciążone od wszelkiego ciężaru emocjonalnego, jestem lekka w jej objęciach, nie musi już dźwigać mnie resztą sił bo mam własne, mam własne ale właściwie dzięki niej.
w klubie muzyka monotonna, do Remontu już za późno, ma przyjść znajoma a z nią może będzie Grzegorz. w końcu się pojawia ale bez niego, wychodzę i jestem w domu na 2:30.

rano kursy. jestem dużo lżejsza i czuję to dożylnie. do czasu jak przyszło mi zjeść, wtedy ku mojej rozpaczy bańka mydlana pęka, po objedzie wszystko pęka. w czwartek się widzę z nowym źródłem pomocy, powiem, zapytam dlaczego, może coś się wyklaruję.
po obiedzie książka już nie ta sama co dwa wczoraj, w końcu kulę się i zasypiam, i spię na opak ale jest miękko i ciepło, czuję jak wszystko mi się rozmywa. dziwny jest ten czas. zupełnie nie rozumiem co się dzieje.

potem film. na koniec film. Natural Born Killers, na dobry początek.


  • RSS