zona blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 12.2005

-

www.morula.blog.pl

papa, kasiu.

oni

2 komentarzy

wiesz to jest spory dorobek. ja wiem, że ludzie nie chcą czytać długich notatek, ale są ludzie, którzy czytają książki po kilkaset, a nawet tysiące stron.

nie mam przyłożenia na to, czy jest to warte uwagi. czasem ktoś doczyta do końca, coś napisze od siebie. powie, że jest mi wdzięczny albo coś tam. nie wiem co to za ludzie, czy jak im się rzuci jakiś ochłap emocjonalny to oni pożrą go ze smakiem – nie wiem.

ci cho

Brak komentarzy

dzisiaj już spokój.

dzisiaj myślałam, że jestem przewrażliwiona na punkcie czyjegoś zawyżonego poczucia dumy.
mój ojciec, jebak. mam jakieś ograniczenia emocjonalne, których jeszcze nie rozumiem. zastanawiam się ile jeszcze przyjdzie odczuć, wrażeń, które mnie zaskoczą.
bycie ze mną nie będzie łątwe. obcowanie ze mną nie jest łatwe. życie moje nie jest łatwe (bo to samospełniająca się prognoza)

mogę mieć nadzieję, że nie spotka mnie nigdy to, co miałam.. innaczej: że nigdy nie będę już tak dożylnie reagowała na rzeczywistość. nie chcę tak reagować. takie reakcje są trudne do przełożenia tego na normalne funkcjonowanie dla siebie samej i dla otoczenia. dla siebie samej przedwszystkim.

dzisiaj myślałam, że jestem na nich obrażona. że znów wycieli mi numer. jak małe dziecko, które nie ufa rodzicom, nie słucha się ich, bo „oni wywyjają takie numery”. nie jestem DDA. ja jestem DA, które jest pełnoletnie.
chełbie się swoim wiekiem, ale czymś muszę. to ważne, aby mieć jakiś punkt zaczepienia.

bo ja od jakiegoś roku dopiero funkcjonuje wśród ludzi. to jest wychodzę na weekend. normalnie z nimi nie rozmawiam (wyolbrzymiam). dlaczego? bo żeby z nimi rozmawiać, muszę na czymś stać. ciężko rozmawia się wisząc w emocjonalnej próżni.

nie jestem głodna. umówmy się kasiu, że Ty wcale nie jesteś głodna.

nie chcę jeść. jedzenie jest straszne. nie chcę jeść. nie lubię jedzenia.

-

dzisiaj i wczoraj nie wymiotowałam. jesteście ze mnie dumni? ja z siebie tak.

-
jutro są próbne matury. dzisiaj postanowiłam odpocząć, usiadłam z książką. Granice naukowskiej. naukowska. Justyna i Elżbieta. i ten palant, zenon.

moje oczy zaszły mgłą. zamknęłam oczy, nie ważne że mam soczewski. odwróciłąm się do poduszki, do mojej wielkiej poduszki, ciepłej, skuliłam się w rogu łużka i zasnęłam. coś mi się śniło.

wcześniej śnili mi się mężczyźni. trzydziestoletni rockman, który wyjeżdza, i chce się ze mną przelizać, a ja czuję jego trzydziestoletnie ciało i zarost na twarzy.

potem snił mi się Paweł. moja jedyna energia życiowa, jaką dostałam, a która chyba uległa dewaluacji. myślę o nim cały czas. najpiękniejsze są sny. sny, kiedy wszystko się ziszcza, wszystko pachnie cudem. a mi cuda się zdarzają.

najpiekniejsze są sny o nim i to, że mogę zasypiać z jego obrazem pod powiekami. najpiękniejsze jest to, że odczuwam to, co odczuwam, jak tylko pojawi się wewnątrz mnie. mentalnie (nie odczuwam żadnego pociągu fizycznego). platoniczne zauroczenie. nic, pozostaje mi tylko płakać ze szczęścia, że mnie to spotkało.

1 komentarz

na czym polega życie rodzinne? w czym przejawia się posiadanie rodziców, gdzie jest się człowiekiem osiemnastoletnim? na czym polega śmiech młodszej córki wobec pijanego ojca, na czym polega moje uczucie ulgi, gdy pomyślę, że w pokoju obok śpi mój brat, śpi w ciągu dnia a pracuje w nocy, i teraz śpi i nie jest raczony widokiem obrzliwie roztrawionego ojca, który dalej umacza się w plugawstwie i nie zamierza przestać, skakającej wokół niego żony i zarazem matki, która albo cedzi przez zęby o kurwach albo wyżywa się na wszystkim co wpadnie jej w ręce.

jestem silna, wydawało mi się nawet, że jestem zdrowa. wydawało mi się, że teraz już będzie dobrze, skoro jesteśmy na dnie to teraz trzeba się tylko słuchać i podnosić.
teraz żygam (dzisiaj jeszcze nie), moje ciało gorączkuje, moje jelita siadają, nie chcę patrzeć na ludzi ani z nimi rozmawiać. czyli schemat się powiela.

jest mi nie dobrze. i znów nie mam pomysłu na drogę do wyjścia.

alkoholis

Brak komentarzy

kasia, gdzie jest wino musjące?
nie wiem, skąd mogę wiedzieć?
kasia, jesteś bezczelna. powiedz gdzie-jest-wino-musujące.
nie wiem.
dlaczego kłamiesz.
zaczyna krzyczeć
jakim prawem chowasz wino?
nie wiem kto schował wino
wychodzi.
innaczej postawię jej pytanie
kasia, kto schowal wino?
zapytaj się wina
słucham?
nie wiem, kto schował wino.

-
załatwiałam się w kiblu, kasia potrząśnięta za dwie godziny pójdzie po wodę do samochodu (pijany śmiech). kwadrans wcześniej wszedł do mojego pokoju i zaczął przedżeźniać siebie, bo powiedziałam że pujdę po wodę ale nie „chciałam wstać z miejsca od razu” – prowokowałam jak głupi nszczeniak, ale nie mogłam ulec jego krzykowi. pijanej zachciance wyrzycia się. poszedł do mnie i zaczął mnie szarpać. wpadłam do pokoju artura, który spał. odsypiał noc, odsypiał dwie niespane noce. wyszłam.

szarpnięta pójdzie za dwie godziny. nie będziesz mnie dotykał. krzyczę przez drzwi: nie pójdę.
prowokacja.
przyszedł, śmiejąc się wyłączył mi światło.
kasia, skończyły się tygodniówki.
idz i zarób sama
kasia, skończyły się tygodniówki.
mama siedzi w pokoju. lamentuje o złych dzieciach, złej córce. o nie dobrym świecie, że to my niszczymy wszystko. my, ja i artur.

-
pewne granice się zatarły. jesteśmy z nim na stadium wyższym. śmieje się innym śmiechem niż zawsze; jego śmiech tym razem jest pełen nieukrywanej słabości i zrezygnowania, a nie ukrywanej słabości i chęci zatarcia jej. śmieje się, mówi o psychologach, którzy wytłumaczyli mi, że on jest nie prawidłowy. powtarza zdania za każdym razem zaczynając od „kasia”. jego stosunek do mnie musi być więc wyjątkowo bolesny; jest totalnie pijany, a mimo to przebija przez jego sposób zachowania rozpaczliwa beznadziejność. beznadziejność: zawsze pił po to, by za jakiś czas na chwilę nie pić i dalej pracowac i zająć się marzeniami o budowaniu domów. teraz pije po to, żeby się upodlić. żeby srać pod siebie całą swoją istotą. żeby obrzucać nas tym gównem. a przede wszystkim matke – i mnie. chce ukarać za to wszystko, co zrobiłyśmy mu – za godziny pijanych kurew mojej matki i za ostatnie dwa, trzy lata mojej inwazyjnej polityki wobec nich obojga.

dzwoni dziadek. to były urodziny matki. nie ma urodzin matki, bo matka dzień wcześniej, nim wróciłam do domu, była już pod działaniem alkoholu.
Moja mama nie zrozumie, jeżeli powiem jej, że to wszystko przez przyzwolenie na picie alkoholu. że gdyby nie pili, to wszystko innaczej by wyglądało, bo relacje w obie strony miałyby zupełnie inny obraz. że gdyby poszli się leczyć, że pewne zależności zostałyby naprawione. wierzę, że byłyby.
gdybym teraz powiedziała, że to wina alkoholu, ojciec popłakałby się z pijackiego śmiechu, a matka zabroniłabymi – jak zawsze to czyni – wtrącania się w nie swoje sprawy, ingerowania w jej życie, tylko jej życie i jakim prawem,
mówiła mi, wtedy, w dzień urodzin, że jestem „córką” kto jak kto, ale że „córka powinna była zrozumieć” – pamiętam jak podbiegłam do niej, złapałam za jej ramiona, stała do mnie tyłem, krzyknęłam jej w głowę „przestań”, mój głos dostał jakiejś niesamowitej częstotliwości, ona nagle zrobiła się pozbawiona jakiegokolwiek spięcia, jej ciało było bezwładne i pijane.

przynajmniej w końcu była cisza.
nie miałam wyrzutów sumienia.

weszłam do mieszkania. pierwsze co słyszę to jego pijacki śmiech. ten sam. obraz tego, jak chodzi po mieszkaniu ledwo trzymając pion swojego ciała, w wygniecionej białej koszuli, ze skrawkami niej w majtach, które są wyciągnięte, z dziurą w tyle.
Kasia ma to co chciała – mówi, jak tylko zobaczył, że wróciłam ze szkoły. kasia chciała ojca alkoholika. no to ma co chciała, przykrywa się kocem.
teraz też nie mam. mówiąc mi, do nas wszystkich ale o mnie, że mam co chciałam zrzuca na mnie wine. nie wiem, czy wina faktycznie nie jest moja, czy zostaje mi jedynie „narzucona”, Artur się uśmiechał, po chwili wyszedł z domu trzaskając drzwiami – nie wiem dlaczego, byłam już u siebie i zdejmowałam kurtkę skórzaną.

bo zadzowni do matki i podetknie słuchawkę, aby mogła wiedzieć
tak, niech rodzice wykitują wcześniej

powiedział włąsnymi słowami: a chuj jebał kurwe.
nigdy sam tego nie mówił. zawsze ona mówiła, a teraz mówi on.
miał wyjść. wyszedł.
przyniósł wodkę.
zaczął prowokować:
-a mama siedziała sama..
(dlaczego musiałam siedziec z nimi, sama?)
-to największa krzydwa w życiu.

ale nikt go nie słuchał. usiadł nad kieliszkiem piwa. zwiesił głowę. jego głowa jest czerwona, i biała od siwizny włosów.
w końcu się położył.
to zupełnie co innego. wróćił z neimiec i nagle zaczął pić. coś w nim pękło – nie pierwszy raz, ale tym razem coś rozbiło się z mocnym zadraśnięciem w mięso ludzkie.
liczy na „dobre słowo”, że poprosimy go,
że nie będę już mówiła mu, że jest pijany, że śmierdzi, i żeby sobie poszedł.

a teraz coś ode mnie. od czterech dni wymiotowuję. codziennie raz. napycham się po szkole, choć godzinę wcześniej obiecywałam sobie, że to wczoraj robiłam po raz ostatni i dzisiaj już nie zrobię sobie krzywdy.
codziennie raz. słodkie. dużo. szybko.
woda gazowana i dopóty, dopóki do dna.

jest godzina 16:38. wiem gdzie w domu co do jedzenia leży. na razie nie mogę się uspokoić, ale jestem dobrej myśli.

muszę oduzależnić się od ojca. uzależnienie od ludzi. od rodziców. gdziekolwiek jestem te same myśli przyświęcają mi mój chód, jakby dostawiały do mojej skroni pijawki energii życiowych.
muszę się oduzależnić.

umówiłam się z człowiekiem, którego nie widziałam trzy lata. ostatnim razem to wtedy, gdy w konwulsjach niewinnej ale grzesznej namiętności całowałam go a on mnie w mieszkaniu piętro niżej. pamiętam dokładnie tą noc, i rozmawiając z nim wczoraj zrozumiałam, że on pamięta to również.
był niezadowolony, bo prowadziłam rozmowę w sposób, który mu nie pasował. nie wiedział o tym, że gdy czuję się bezpiecznie i jestem pewna siebie, to biegnę jak małe dziecko, szybko i patrząc tylko przed siebie naprzód. tyle razy wywracałam się tłukąć i do krwi zdzierajac kolana z powodu swojej nieroztropności, a mimo to tyle razy byłam wdzięczna Bogu za brak rozsądku, za to, że pozwolił mi kierować się swoją dziecięcością, pozwalającej mi dotrzeć tam, gdzie na to miejsce czystym umysłem nie byłabym w stanie nawet popatrzeć.
usiedliśmy w la madame. chciał zobaczyć jak tutaj jest, tyle o tym klubie słyszał.
-nie ma lepszych ust od ust kobiety. sprzeczki o słowa, o generalizowanie, o to, czy mówimy o tym samym, czy się jednak mijamy. tak trudno oderwać usta od ust kobiety, byłam bardzo na kobietach skupiona. bo jest Paweł i są kobiety; słyszę, że byłam niezrozumiała dla niego, rozchełstaną nastolatką, bo taką mi było być najwygodniej, a on to przyjmował.
- wiem o tym, przekonałem się wtedy trzy lata temu.
toast też wzieśliśmy ku czci tamtej nocy, a przecież to był grudzień, 15 grudnia 2002.
rozmowa na intymne kwestie, poruszająca drażliwe tematy, poruszająca jakiś cichy, zaciemnony na codzień fragment naszej duszy, to to co oboje lubimy, to droga, po której poruszamy się swobodnie. i tak powiedziałam o sobie dużo, nie wiem czy nie za wiele i nawet nie chcę tego osądzać. zapytał czy jestem dziewicą: aż nie byłam pewna, czy dobrze usłyszałam to pytanie. tak, jak najbardziej tak;

prawie to sobie przyklejam na czoło „JESTEM DZIEWICĄ”, nie, nie obnoszę się z tym ja po prostu wiem, jaką funkcje w społeczeństwie ma ten fakt, nie chwalę się a redukuję wnioski, a jestem z tego dumna. mówiłam nie, jak przyszło co do czego, nie bo nie mam ochoty, bo nie chcę aby ktokolwiek ingerował w moje ciało. moje ciało jest dla mnie, tylko dla mnie. tak nie powinno być? coś nie w porządku? ale dlaczego?
ta dojrzałość seksualna, trudności w samookreśleniu się, wiem, że nie jestem homoseksualistką choć moje słowa i to, co o tym myślę, wskazują na co innego; ale fakt że kobiety mnie pociągają, ta miłość platoniczna, ta czystość, uczucie które nie zna barier, najczystrza, kryształowa, diamentowa postać najgłębszej, najpiękniejszej relacji między dwojgiem istot ludzkich. kopulacje, czyny z erosem na czele, uniesienia i konwulsje chemiczne, nastawienie na zapłodnienie, na hormony, na rozrastanie się gatunku, całe to plugawstwo.
homoseksualizm nie jest nastawieniem na przyjemności erotyczne, na zachłyśnięcie się brakiem granic i zasad. kto tak myśli albo robi – to jego sprawa. to tylko jego sprawa, jakim prawem rości sobie pretensje do decydowania o tym, o czym nie ma zielonego pojęcia.

…dojrzałość, nie, nie mówię o wieku, jezu, przeklinam, co ma wiek za znaczenie? nie ma żadnego. nie bierz mnie w kategorii wiekowych, co za nonsens. nie prowadzi to do niczego. nie tłumaczyłam mu historii swojego życia, tego jak wypadły mi z życia trzy lata, zmieniłam się o 360 stopni i właśnie dlatego jestem taka sama jak kiedyś, jak wtedy gdy się poznaliśmy, a jednak zupełnie zmieniona; jest we mnie 13nastoletnie dziecko i wiedza, której nie ma przeciętna 18nastolatka, jak można mówić tu o wieku, jak można? dlaczego chwytać się najprostszych rozwiązań, które z reguły są tymi niewłaściwymi, obdarzonymi błędem systemowym, który żałośnie wypełnia pustkę, to tak jakby wciskać watę w wybrakowaną ścianę światopoglądu.

pamiętam, że za każdym razem, gdy rozbierałam się do snu, bacznie patrzyłam na wnętrze swojej bielizny, doszukiwałam się znamienia kobiety, jakiegoś śladu życia wewnątrz mnie, jakiegoś splunięcia, doszukiwałam się zapachu krwi, doszukiwałam się usilnie i z upragnieniem Królowej Czerwieni. i czułam ten zapach. zapach hemoglobiny wymieszany z wonią intymnego miejsca, do którego dopuszczam tylko siebie.
pewnego dnia znalazłam jasne plamy. śluz osadził się po wnętrznej stornie i spowodował, że byłam sobą zachwycona. jednak jestem w stanie zdziałać cuda, myślę, po prawie rocznej przerwie cykli, gdy zaniedbałam z wygody i głupoty miesiączkowania, gdy byłam zadowolona z braku kłopotu umaczania się we własnej krwi wylanej zupełnie niepotrzebnie – po takim czasie nagle odczułam, że żeby kogokolwiek pociągać za sobą w świat inny niż rzeczywisty, muszę wydzielać należyte hormony. i dziecko. i chcę mieć dziecko, małą córkę którą wychowam sama na piękną kobietę.
kilka razy oczy zaszły mi łzami w gabinetach lekarzy, i ta rozmowa z endokrynologiem, który zamiast zbadać dokładnie, to mówił do mnie słowa. rozmawiał ze mną ponad godzinę a ja wpadłam w żenujący żal, bo te same słowa które mi głosił słyszałam nie raz: trzeba przytyć, trzymać wagę, tkanka tłuszczowa, wszystkie reakcje metaboliczne, te charakterystyczne dla kobiety. wtedy dopiero jest się o co martwić.
błąd systemowy. sama jestem sobie wdzięczna i winna za to, co mnie spotyka. choć ilektoć to mówię, tylekroć brzmi to niesprawiedliwie i absurdalnie; a po tym nagle zaczęłam odczuwać głód. i jadłam.
czułam, że coś się rusza. histeria znaczy macica, to stan, kiedy się przemieszcza wewnątrz ciała kobiety. czułam ciepło między wargami sromowymi, dotykałam się by sprawdzić, czy to już? za każdym razem nie było nic.
aż obudziłam się pewnego dnia i nieprzytomna by się załatwić poszłam do łazienki. widok krwi szybko mnie rozbudził. piękna, okazała plama. i te szczątki macicy na papierze toaletowym. to wszystko, ten zapach, niepowtarzalny zapach którego nie da się zapomnieć.

nie usycham z tęsknoty i w oczakiwaniu „na”; aż przyjdzie w światłości mnie nawilżyć. najpiękniejsze, że chcę się sama nawilżać, nawilżam ciało i umysł, namaszczam siebie myślą, czynem i zadbaniem; to dla mnie, najważniejsze – jestem.
czasem, aż pomyślę, gdy znów Ciebie zobaczę, okaże się, że to było drobne niewinne kłamstewko z namoczoną alkoholem rzewczywistością i pamięcią wiecznie korektorowaną, to wszystko będzie nie tak ważne bo ja będę jedrna, będę wypełniona nektarem własnego umiłowania. to jest wspaniałe.

-
w końcu wchodzę do jego pokoju, – bo mi się takie rzeczy nie przytrafiają, zaczynam mówić. puścił muzykę, zapalił papierosa, czekał na mnie, był ciekawy a może chciał wiedzieć, bo to ja do niego z tym przyszłam. chodzi o Pawła – krótko – tak, chodzi o Pawła.
skąd wiedział? – nie wiem, mam intuicję.
rozmawiamy chwilę, o tym, że głupio bo w zasadzie zainteresował mnie jeszcze zanim go poznałam; zanim wiedziałam, że to Ty go znasz. chciałam posłuchać o nim, w zasadzie od kogo – jego była dziewczyna – nie jest dobrym źródłem, nie ufam jej. nie chcę słuchać jego superlatywów, chcę posłuchać jego niedobrych sprawunków.
-jest niedobry. (jest człowiekiem o ciekawym spojrzeniu.)
-tyle wiem. – piję melisę. wiem to dożylnie doskonale. jedno i drugie. bo to nas kręci – śmiech mnie ogarnia gdy o tym pomyślę
-musiałabyś konkurować z jego byłymi i przyszłymi. odradzałbym Ci to przed maturą;
na to nie ma wpływu, bo ja już teraz nie mogę oderwać się od jego osoby.
ile naliczyłeś się jego byłych?
-uśmiecha się – trzech.
-mi się dwie przewinęły przez oczy. jest taki kochliwy, czy to one się do niego koleją?
-nie wiem, chyba i jedno, i drugie.
-jakie one sa?
-nie wiem – znów uśmiecha się. jego pokój pachnie dymem papierosowym. myślę, że go uwielbiam. Paweł może jest fascynujący, ale na mojego brata nie ma nawet określenia, który dobrze by oddał jego jestestwo. – z jedną rzekomo się całowałem. druga coś kręciła a trzecia siadała mi na kolana. – i znów, przeciągły uśmiech.
-nie pasuję do tej mozaiki kobiet. nie ma o co się bić nie widze więc powodu, dla którego miałabym cokolwiek działać. nigdy nie działałam.
-musisz się liczyć z tym, że może nie liczyć się z niczym. jest dość niezależny. kieruje się swoją osobą (gdy ktoś spędza z sobą cały wieczór, to albo jest mu nudno, albo liczy na jakąś głębszą przyjemność, albo robi to nieświadomie,
-nie wiem; chce się dowartościować. nie robiłby tego widząc że jestem Twoją siostrą, że będzie miał ze mną styczność; chyba, że nie liczy się z niczym.)
-może okazać się, że nie liczy się z niczym.
jak my wszyscy.
nie będę działać, bo nie jestem działająca. będę obserwować. ale wcześniej muszę mieć co.
-no, dobra. na pewno coś się wydarzy u nas w domu po sesji zimowej. jak będzie jakieś szersze spotkanie – też dam mu znać.

-

a nim to chodzę po świecie i chcę, żeby mi coś obiecywano.

obietnice bez pokrycia, dają w sobie przyjemność samą dla siebie. a rzeczywistość wszystko ponad wszystko musi, musi – musi być przyjemna przez nas sprawczo.

-
dobrze jest zasypiać z jego obliczem przed oczami. z jego wydumaną przeze mnie czystością wobec zepsucia, z jego interesującą aurą, ma w sobie to, co pociąga kobiety choć na samym początku mojej znajomości z nim, pomyślałam, że cale mi się nie podobasz, ale patrzę na Ciebie i myślę o tobie, bo mimo wszystko mnie fascynujesz.

im dłużej to trwa, tym więcej przyjemności z samych rozważań płynie. pięknie, pięknie, jeszcze, jeszcze

ci

Brak komentarzy

a ja wciąż tutaj.
nie lubię słowa „zona”. nie lubię wystroju swojego bloga.
a wiem, jakakolwiek zmiana nie przyniesie niczego nowego, żadnego lepszego spojrzenia. bardzo emocjonalnie podeszłam do opisywanych przeze mnie lat – lat – dokładnie całości, nie mam bowiem na myśli konkretnych notek.
anrexia już nie jest tą samą anorexią nervosą, dzisiaj jest „jadłowstręt atypowy”; organizm somalnie wyraża niechęć do jedzenia; nie jest to jadłowstręt stickte psychiczny.

ostatnio przeglądałam zdjęcia z Al. Al jest autorką, która przez nie doskonale wyławiała w moim ciele swoją kobiecość, poza jednym z nich, obrzydliwym. na fotografii widać moje skrzyżowane łydki ubrane w podarte czarne pończochy oraz glany na nogach. całość wygląda tak, jakby obraz został zdeformowany przez niewłaściwe ustawienie aparatu. wielkie masywne buty choć przeznaczone dla kobiet, i te łydki, moje anorektyczne łydki, które kilka miesięcy temu wydawały mi się całkiem niczego sobie; dzisiaj są jak dwa kije, jak nogi śmiesznie wyrośniętej dziewczynki, której kończyny długie rosną nieproporcjonalnie szybko do przyrostu masy ciała; wszystko jest chude i brzydkie, i czeka aż nabierze piękna.

jem, spożywam inaczej. jem bez znaczenia, „jem by żyć”; brzmi to jak frazes dla początkujących zaleczanych, ale nie zraża mnie ten przyklejony banał to tak ważnej sentencji. nic bardziej fundamentalnego, koronnego w jadłowstręcie, niż spożywanie dla lepszej egzystencji; moja wola życia była – i nadal jest – największą siłą, z jaką jakakolwiek antagonistyczna, patologiczna moc się spierała. zawsze chciałam żyć.

nie zauważyłam nawet, gdy rewolucja dokonała się, cicho, za moimi plecami. wymiotowałam od jego czasu raz: wiedziałam, robię to, bo chcę. lepiej jest robić coś, co się chce, niż robić to, czego się nie chce, ale się musi. a ja nie musiałam – i oddychałam znad muszli klozetowej ulgą przed następującymi torsjami; a nie na odwrót. ulgą, załatwienie sprawy, swojej głupoty a już nie choroby. bo realnie wierzyłam, że „to ostatni raz”.

za każdym razem, jak widzę swoje archiwum, trzy pełne lata, trzy lata i jeszcze kawałek. cyferki stoją rządem jedno pod drugim, 8 pod 8, 12 pod 12. przypominają mi się w pamięci kolejne święta wielkanocy, bożego narodzenia, kolejne sylwestry. totalna sinusoida, skrajności do jakich wiem że mam słabość wpadać, ale przecież na te, te które mi się przytrafiały, nie miałam wpływu. przynajmniej mogę powiedzieć, że moje życie nie było nudne; nawet nie wiem jak dobrze zdołałam je opisać.

nie rozumiem tylko dlaczego słabo mi się robi, autentycznie, źle znoszę swoją przeszłość. napawa mnie lękiem, całe miesiące duszącego mnie jadłowstrętu. niemocy, bezsiły, bolesne ucieleśnienie, boleśnie przylegająca skóra do kości, bolesne spożywanie produktów żywieniowych, bolesne opisy szaleństwa jakie dotykało mnie i moich rodziców. na to patrzyłam w zasadzie z własnej woli – przymuszonej. ten paradoks jest tylko pozorny, taka była prawda.

zastanawiam się teraz, czy w obliczu, gdy spotkałam pawła, gdy poczułam jak znowu wstrząsa mną jakiś mężczyzna, czy gdy po raz kolejny mam wielkie płuca od witalności, czy nie zakończyć bloga, nie zamknąć tego za sobą. całej tej chorej rzewczywistości. nienawidzę jej, nie mogę na te cyfry miesięcy patrzeć.

-
jak to dobrze, że tak realnie została mi tylko przyszłość. przyszłość, determinant życia, cała tajemnica ludzkości opiera się na przyszłości. jak dobrze, choć te cyfry chwytają mnie za gardło; myślę o tym, że to naprawdę wspaniałe, że za sobą mam dopiero 18 lat, a przed sobą niemalże wieczność.


  • RSS