Zapytał mnie ten, z którym wylądowałam w łóżku, choć tego w ogóle nie planowałam.
Nalegał na spotkanie, mi było wszystko jedno. Mama wróciła do domu ze szpitala, kolejnego, bez efektów – myślę, trzeba dać sobie chociaż imitacje życia, umówiłam się wiec na jedne, a potem wczorajsze spotkanie.
Czy jest umierająca? Odpowiedziałam: nie wiemy tego.

Od walenia głową w mór rozpierdoliłam sobie czaszkę. Już przestałam walić, teraz patrzę, jak inni walą.
„Nie mam siły” z biegiem życia wciąż nabiera nowego znaczenia.

W zeszły czwartek mama przeraźliwie krzyczała od godziny 13:00, czekałam na ojca. Mieliśmy jechać do Barlickiego, aby może przyjeli. Rano miała te oczy, przez które zawołałam karetke.  Z prysznica nasłuchiwałam, czy dalej krzyczy, czy przerwy trwają dłużej niż 2-3 sekundy. Jeśli trwałyby dłużej, znaczy, że nieżyje, że coś się stało. Krzyczała dalej. Byłam sama. Ojciec wrócił około 13:00 – znów karetka? Była karetka. Krzyczała tak bez przerwy do 21:00, kiedy podaliśmy jej leki na noc, które w zasadzie są jak młotek na sen. Potem usłyszałam, że „już się wykazałam”. Zamilkłam – następnego dnia nic nie mówiłam, cóż to, że czekam, że matka spakowana do szpitala, mamy jechać do Barlickiego. Na wszystko jest czas. Wyjechaliśmy o 15:00 – korki. Nie przyjeli nas, wyjeżdzamy o 17:00 – znów korki. Nie mówiłam nic, po co jechać na 13:00, kiedy spikerka ze szpitala mówi, aby przyjechać, a korki są mniejsze. Matka krzyczy. Psychotycznie, krzyczy, brz przerwy, ma zdarte gardło, po wczorajszym.

Niepotrzebnie zamilkłam.
W drodze powrotej napisałam do niego „Czy my nie byliśmy umówieni na dzisiaj? (…)” odpisał, „Jesteśmy! (…)”.

No to pojechałam spowrotem do Łodzi.

Matka krzyczy, znaczy, że nie trzeba wołać pogotowia.