zona blog

Twój nowy blog

umówiłam się z człowiekiem, którego nie widziałam trzy lata. ostatnim razem to wtedy, gdy w konwulsjach niewinnej ale grzesznej namiętności całowałam go a on mnie w mieszkaniu piętro niżej. pamiętam dokładnie tą noc, i rozmawiając z nim wczoraj zrozumiałam, że on pamięta to również.
był niezadowolony, bo prowadziłam rozmowę w sposób, który mu nie pasował. nie wiedział o tym, że gdy czuję się bezpiecznie i jestem pewna siebie, to biegnę jak małe dziecko, szybko i patrząc tylko przed siebie naprzód. tyle razy wywracałam się tłukąć i do krwi zdzierajac kolana z powodu swojej nieroztropności, a mimo to tyle razy byłam wdzięczna Bogu za brak rozsądku, za to, że pozwolił mi kierować się swoją dziecięcością, pozwalającej mi dotrzeć tam, gdzie na to miejsce czystym umysłem nie byłabym w stanie nawet popatrzeć.
usiedliśmy w la madame. chciał zobaczyć jak tutaj jest, tyle o tym klubie słyszał.
-nie ma lepszych ust od ust kobiety. sprzeczki o słowa, o generalizowanie, o to, czy mówimy o tym samym, czy się jednak mijamy. tak trudno oderwać usta od ust kobiety, byłam bardzo na kobietach skupiona. bo jest Paweł i są kobiety; słyszę, że byłam niezrozumiała dla niego, rozchełstaną nastolatką, bo taką mi było być najwygodniej, a on to przyjmował.
- wiem o tym, przekonałem się wtedy trzy lata temu.
toast też wzieśliśmy ku czci tamtej nocy, a przecież to był grudzień, 15 grudnia 2002.
rozmowa na intymne kwestie, poruszająca drażliwe tematy, poruszająca jakiś cichy, zaciemnony na codzień fragment naszej duszy, to to co oboje lubimy, to droga, po której poruszamy się swobodnie. i tak powiedziałam o sobie dużo, nie wiem czy nie za wiele i nawet nie chcę tego osądzać. zapytał czy jestem dziewicą: aż nie byłam pewna, czy dobrze usłyszałam to pytanie. tak, jak najbardziej tak;

prawie to sobie przyklejam na czoło „JESTEM DZIEWICĄ”, nie, nie obnoszę się z tym ja po prostu wiem, jaką funkcje w społeczeństwie ma ten fakt, nie chwalę się a redukuję wnioski, a jestem z tego dumna. mówiłam nie, jak przyszło co do czego, nie bo nie mam ochoty, bo nie chcę aby ktokolwiek ingerował w moje ciało. moje ciało jest dla mnie, tylko dla mnie. tak nie powinno być? coś nie w porządku? ale dlaczego?
ta dojrzałość seksualna, trudności w samookreśleniu się, wiem, że nie jestem homoseksualistką choć moje słowa i to, co o tym myślę, wskazują na co innego; ale fakt że kobiety mnie pociągają, ta miłość platoniczna, ta czystość, uczucie które nie zna barier, najczystrza, kryształowa, diamentowa postać najgłębszej, najpiękniejszej relacji między dwojgiem istot ludzkich. kopulacje, czyny z erosem na czele, uniesienia i konwulsje chemiczne, nastawienie na zapłodnienie, na hormony, na rozrastanie się gatunku, całe to plugawstwo.
homoseksualizm nie jest nastawieniem na przyjemności erotyczne, na zachłyśnięcie się brakiem granic i zasad. kto tak myśli albo robi – to jego sprawa. to tylko jego sprawa, jakim prawem rości sobie pretensje do decydowania o tym, o czym nie ma zielonego pojęcia.

…dojrzałość, nie, nie mówię o wieku, jezu, przeklinam, co ma wiek za znaczenie? nie ma żadnego. nie bierz mnie w kategorii wiekowych, co za nonsens. nie prowadzi to do niczego. nie tłumaczyłam mu historii swojego życia, tego jak wypadły mi z życia trzy lata, zmieniłam się o 360 stopni i właśnie dlatego jestem taka sama jak kiedyś, jak wtedy gdy się poznaliśmy, a jednak zupełnie zmieniona; jest we mnie 13nastoletnie dziecko i wiedza, której nie ma przeciętna 18nastolatka, jak można mówić tu o wieku, jak można? dlaczego chwytać się najprostszych rozwiązań, które z reguły są tymi niewłaściwymi, obdarzonymi błędem systemowym, który żałośnie wypełnia pustkę, to tak jakby wciskać watę w wybrakowaną ścianę światopoglądu.

pamiętam, że za każdym razem, gdy rozbierałam się do snu, bacznie patrzyłam na wnętrze swojej bielizny, doszukiwałam się znamienia kobiety, jakiegoś śladu życia wewnątrz mnie, jakiegoś splunięcia, doszukiwałam się zapachu krwi, doszukiwałam się usilnie i z upragnieniem Królowej Czerwieni. i czułam ten zapach. zapach hemoglobiny wymieszany z wonią intymnego miejsca, do którego dopuszczam tylko siebie.
pewnego dnia znalazłam jasne plamy. śluz osadził się po wnętrznej stornie i spowodował, że byłam sobą zachwycona. jednak jestem w stanie zdziałać cuda, myślę, po prawie rocznej przerwie cykli, gdy zaniedbałam z wygody i głupoty miesiączkowania, gdy byłam zadowolona z braku kłopotu umaczania się we własnej krwi wylanej zupełnie niepotrzebnie – po takim czasie nagle odczułam, że żeby kogokolwiek pociągać za sobą w świat inny niż rzeczywisty, muszę wydzielać należyte hormony. i dziecko. i chcę mieć dziecko, małą córkę którą wychowam sama na piękną kobietę.
kilka razy oczy zaszły mi łzami w gabinetach lekarzy, i ta rozmowa z endokrynologiem, który zamiast zbadać dokładnie, to mówił do mnie słowa. rozmawiał ze mną ponad godzinę a ja wpadłam w żenujący żal, bo te same słowa które mi głosił słyszałam nie raz: trzeba przytyć, trzymać wagę, tkanka tłuszczowa, wszystkie reakcje metaboliczne, te charakterystyczne dla kobiety. wtedy dopiero jest się o co martwić.
błąd systemowy. sama jestem sobie wdzięczna i winna za to, co mnie spotyka. choć ilektoć to mówię, tylekroć brzmi to niesprawiedliwie i absurdalnie; a po tym nagle zaczęłam odczuwać głód. i jadłam.
czułam, że coś się rusza. histeria znaczy macica, to stan, kiedy się przemieszcza wewnątrz ciała kobiety. czułam ciepło między wargami sromowymi, dotykałam się by sprawdzić, czy to już? za każdym razem nie było nic.
aż obudziłam się pewnego dnia i nieprzytomna by się załatwić poszłam do łazienki. widok krwi szybko mnie rozbudził. piękna, okazała plama. i te szczątki macicy na papierze toaletowym. to wszystko, ten zapach, niepowtarzalny zapach którego nie da się zapomnieć.

nie usycham z tęsknoty i w oczakiwaniu „na”; aż przyjdzie w światłości mnie nawilżyć. najpiękniejsze, że chcę się sama nawilżać, nawilżam ciało i umysł, namaszczam siebie myślą, czynem i zadbaniem; to dla mnie, najważniejsze – jestem.
czasem, aż pomyślę, gdy znów Ciebie zobaczę, okaże się, że to było drobne niewinne kłamstewko z namoczoną alkoholem rzewczywistością i pamięcią wiecznie korektorowaną, to wszystko będzie nie tak ważne bo ja będę jedrna, będę wypełniona nektarem własnego umiłowania. to jest wspaniałe.

-
w końcu wchodzę do jego pokoju, – bo mi się takie rzeczy nie przytrafiają, zaczynam mówić. puścił muzykę, zapalił papierosa, czekał na mnie, był ciekawy a może chciał wiedzieć, bo to ja do niego z tym przyszłam. chodzi o Pawła – krótko – tak, chodzi o Pawła.
skąd wiedział? – nie wiem, mam intuicję.
rozmawiamy chwilę, o tym, że głupio bo w zasadzie zainteresował mnie jeszcze zanim go poznałam; zanim wiedziałam, że to Ty go znasz. chciałam posłuchać o nim, w zasadzie od kogo – jego była dziewczyna – nie jest dobrym źródłem, nie ufam jej. nie chcę słuchać jego superlatywów, chcę posłuchać jego niedobrych sprawunków.
-jest niedobry. (jest człowiekiem o ciekawym spojrzeniu.)
-tyle wiem. – piję melisę. wiem to dożylnie doskonale. jedno i drugie. bo to nas kręci – śmiech mnie ogarnia gdy o tym pomyślę
-musiałabyś konkurować z jego byłymi i przyszłymi. odradzałbym Ci to przed maturą;
na to nie ma wpływu, bo ja już teraz nie mogę oderwać się od jego osoby.
ile naliczyłeś się jego byłych?
-uśmiecha się – trzech.
-mi się dwie przewinęły przez oczy. jest taki kochliwy, czy to one się do niego koleją?
-nie wiem, chyba i jedno, i drugie.
-jakie one sa?
-nie wiem – znów uśmiecha się. jego pokój pachnie dymem papierosowym. myślę, że go uwielbiam. Paweł może jest fascynujący, ale na mojego brata nie ma nawet określenia, który dobrze by oddał jego jestestwo. – z jedną rzekomo się całowałem. druga coś kręciła a trzecia siadała mi na kolana. – i znów, przeciągły uśmiech.
-nie pasuję do tej mozaiki kobiet. nie ma o co się bić nie widze więc powodu, dla którego miałabym cokolwiek działać. nigdy nie działałam.
-musisz się liczyć z tym, że może nie liczyć się z niczym. jest dość niezależny. kieruje się swoją osobą (gdy ktoś spędza z sobą cały wieczór, to albo jest mu nudno, albo liczy na jakąś głębszą przyjemność, albo robi to nieświadomie,
-nie wiem; chce się dowartościować. nie robiłby tego widząc że jestem Twoją siostrą, że będzie miał ze mną styczność; chyba, że nie liczy się z niczym.)
-może okazać się, że nie liczy się z niczym.
jak my wszyscy.
nie będę działać, bo nie jestem działająca. będę obserwować. ale wcześniej muszę mieć co.
-no, dobra. na pewno coś się wydarzy u nas w domu po sesji zimowej. jak będzie jakieś szersze spotkanie – też dam mu znać.

-

a nim to chodzę po świecie i chcę, żeby mi coś obiecywano.

obietnice bez pokrycia, dają w sobie przyjemność samą dla siebie. a rzeczywistość wszystko ponad wszystko musi, musi – musi być przyjemna przez nas sprawczo.

-
dobrze jest zasypiać z jego obliczem przed oczami. z jego wydumaną przeze mnie czystością wobec zepsucia, z jego interesującą aurą, ma w sobie to, co pociąga kobiety choć na samym początku mojej znajomości z nim, pomyślałam, że cale mi się nie podobasz, ale patrzę na Ciebie i myślę o tobie, bo mimo wszystko mnie fascynujesz.

im dłużej to trwa, tym więcej przyjemności z samych rozważań płynie. pięknie, pięknie, jeszcze, jeszcze

ci

Brak komentarzy

a ja wciąż tutaj.
nie lubię słowa „zona”. nie lubię wystroju swojego bloga.
a wiem, jakakolwiek zmiana nie przyniesie niczego nowego, żadnego lepszego spojrzenia. bardzo emocjonalnie podeszłam do opisywanych przeze mnie lat – lat – dokładnie całości, nie mam bowiem na myśli konkretnych notek.
anrexia już nie jest tą samą anorexią nervosą, dzisiaj jest „jadłowstręt atypowy”; organizm somalnie wyraża niechęć do jedzenia; nie jest to jadłowstręt stickte psychiczny.

ostatnio przeglądałam zdjęcia z Al. Al jest autorką, która przez nie doskonale wyławiała w moim ciele swoją kobiecość, poza jednym z nich, obrzydliwym. na fotografii widać moje skrzyżowane łydki ubrane w podarte czarne pończochy oraz glany na nogach. całość wygląda tak, jakby obraz został zdeformowany przez niewłaściwe ustawienie aparatu. wielkie masywne buty choć przeznaczone dla kobiet, i te łydki, moje anorektyczne łydki, które kilka miesięcy temu wydawały mi się całkiem niczego sobie; dzisiaj są jak dwa kije, jak nogi śmiesznie wyrośniętej dziewczynki, której kończyny długie rosną nieproporcjonalnie szybko do przyrostu masy ciała; wszystko jest chude i brzydkie, i czeka aż nabierze piękna.

jem, spożywam inaczej. jem bez znaczenia, „jem by żyć”; brzmi to jak frazes dla początkujących zaleczanych, ale nie zraża mnie ten przyklejony banał to tak ważnej sentencji. nic bardziej fundamentalnego, koronnego w jadłowstręcie, niż spożywanie dla lepszej egzystencji; moja wola życia była – i nadal jest – największą siłą, z jaką jakakolwiek antagonistyczna, patologiczna moc się spierała. zawsze chciałam żyć.

nie zauważyłam nawet, gdy rewolucja dokonała się, cicho, za moimi plecami. wymiotowałam od jego czasu raz: wiedziałam, robię to, bo chcę. lepiej jest robić coś, co się chce, niż robić to, czego się nie chce, ale się musi. a ja nie musiałam – i oddychałam znad muszli klozetowej ulgą przed następującymi torsjami; a nie na odwrót. ulgą, załatwienie sprawy, swojej głupoty a już nie choroby. bo realnie wierzyłam, że „to ostatni raz”.

za każdym razem, jak widzę swoje archiwum, trzy pełne lata, trzy lata i jeszcze kawałek. cyferki stoją rządem jedno pod drugim, 8 pod 8, 12 pod 12. przypominają mi się w pamięci kolejne święta wielkanocy, bożego narodzenia, kolejne sylwestry. totalna sinusoida, skrajności do jakich wiem że mam słabość wpadać, ale przecież na te, te które mi się przytrafiały, nie miałam wpływu. przynajmniej mogę powiedzieć, że moje życie nie było nudne; nawet nie wiem jak dobrze zdołałam je opisać.

nie rozumiem tylko dlaczego słabo mi się robi, autentycznie, źle znoszę swoją przeszłość. napawa mnie lękiem, całe miesiące duszącego mnie jadłowstrętu. niemocy, bezsiły, bolesne ucieleśnienie, boleśnie przylegająca skóra do kości, bolesne spożywanie produktów żywieniowych, bolesne opisy szaleństwa jakie dotykało mnie i moich rodziców. na to patrzyłam w zasadzie z własnej woli – przymuszonej. ten paradoks jest tylko pozorny, taka była prawda.

zastanawiam się teraz, czy w obliczu, gdy spotkałam pawła, gdy poczułam jak znowu wstrząsa mną jakiś mężczyzna, czy gdy po raz kolejny mam wielkie płuca od witalności, czy nie zakończyć bloga, nie zamknąć tego za sobą. całej tej chorej rzewczywistości. nienawidzę jej, nie mogę na te cyfry miesięcy patrzeć.

-
jak to dobrze, że tak realnie została mi tylko przyszłość. przyszłość, determinant życia, cała tajemnica ludzkości opiera się na przyszłości. jak dobrze, choć te cyfry chwytają mnie za gardło; myślę o tym, że to naprawdę wspaniałe, że za sobą mam dopiero 18 lat, a przed sobą niemalże wieczność.

krew

Brak komentarzy

huśtawski są nieważne, huśtawki to hormony, to oczekiwanie na zbawienną krew, na zbawienny zapach krwi i kobiecego ciała, na zbawienne pragnienie by być kobietą i umaczać swoje palce we krwi, plamić ją papierem toaletowym, powinnam używać do tego aksamitu.

czekam, czekam, cieszę się na samą myśl o oczekiwaniu, bo przecież on mi mówi, ze trzeba, bo pragnę, by kielich z czerwonym winem w końcu się stłukł. przyziemność tej kwestii nie ujmuje mi jej uroku. to takie absolutnie banalne, takie naturalne dla większości kobiet. trudno wyobrazić mi sobie ich cierpienie, tych, które nie mogą mieć własnych dzieci z nich zrodzonych.

czuję, że się zbliża. nie wiem jak jest daleko, czy podąża czy stoi w miejscu. ale wiem, bo dawała mi subtelne sygnały, czułam jak wnętrze mnie woła, każe być gotową. boleści płynące ze środka, spod spodniego środka, tam, gdzie jeszcze nikt nigdy nie sięgną, tam gdzie skupia się cała moja istota, tam krzyczała moja kobieta, moja krew, moje upragnione przyszłe dziecko.

Al opowiadała mi o sowim śnie; kobieta pełna seksapilu weszła do łazienki, by się umyć. al czekała aż skończy, by móc wejść do tej samej łazienki po niej, a tam brodzik, kafelki, morko i wilgotno; kobieta wychodzi, na jej miejsce wchodzi Al. nagle ta sama kobieta dobija się do dzwi, żeby ją wpóściła, bo ona chce patrzeć. na co? na swoją krew, którą pozostawiła w łazience, myjąc się.

i wpóściła ją.
to była prorocza wizja nocna, bo tego dnia w szkole usłyszała od dobrej znajomej; wyszłas męska na zdjęciach. czuły punkt Al został wstrząśnięty w poziomie i pionie, podobno wyszła z płaczem z sali, płakała w autobusie, chwila samotności determinowała rozklejenie. patrzę na nią, sączymy piwo z sokiem malinowym, ona ma piękne jędrne ciało, długie czarne włosy, nienaganną cerę niebieskie oczy, śliczne usta, paznokcie pomalowane na nasz wspólny, głębokiej purpury kolor. jest idealna i jest dla mnie zworem. mówię jej to bez ogródek, mam słabość do kobiet ale do Ciebie przedewszystkim; za tą niesamowitą kobiecość, za to, że naśladuję Ciebie w całej swojej niepewności; za to, że kiedyś ja słuchałam, gdy pytałaś o chłopaków, a teraz ja Cie słucham i pytam o mężczyzn, bo jesteś już kobietą.

-
idziemy do domu przez promenadę, w cieple, od ostrobramskiej na nasze osiedle. przechodzimy obok stoiska z lodami, jeszcze ktoś siedzi przy stolikach, jest niewiele po 22, postanowiłyśmy w końcu skosztować tych mlecznych smaków zza lady.
-ile kosztuje gałka?
-2 złote
stoimy jeszcze chwilę, wybieramy smak. padło, że bierzemy chauwowy;
-to poprosimy dwa razy po jednej chałwowej. na co pani patrzy na nas dłuższą chwilę, myje jakiś garnek, patrzy i mówi
-ale juz zamknięte.
byłam delikatnie powiedziawszy zaskoczona, co za paradox, smiejemy się, idziemy dalej; nie chcą nam sprzedać lodów.
lodów ku czci tycia. 55kg i dwa miesiące.
-

dziś znów czułam ten niepowtarzalny zapach, specyficzną woń macicy, świerzego, czystego, słodkawego potu międzyudami, zapach krwi. a może zupełnie mi na punkcie tego zapachu odbiło

dawno nie pisałam. dawno, bmyśli zbierają się i ciążą, a żeby je wszystkie tutaj wyplenić, dać im umrzeć we mnie pozbyć się ich, trzeba czasu, a jego jak zawsze brak.

biegam. autentycznie, nie mam czasu na postój, na zbyteczny pomyślunek.

słucham na zajęciach z renesansu kolejne konwencje ludzkiego rozwoju, ludzkiej samoświadomości. chłonę całą duszą, zakochuję się powoli i rozważnie, jezu, notuję i myślę; jezu, jaki ten człowiek jest wspaniały.

z wiedzy o człowieku nie będzie chleba, myślę, ale to nieważne. kocham człowieka. człowiek jest pierwszym cudem tego świata.

a wiesz, mam w sobie dużo energi życiowej. wstaję rano i chcę chodzić po świecie, dźwigać swoje jestestwo, chcę by moje ciało kwitło, więc żywię je, namaszczam olejkami, nawilżam wodą, nawilżam myślą i wspomnieniami, i żywię się nimi. to cudowne, gdy jedna noc zamienia się na dziesiątki nocy mojego bycia w radości; nie istotne to, że minęła, nie zajmuje mojej uwagi fakt, że im dalej tym więcej przychodzi wątpliwości, cykliczność mojego życia z domieszką niespodzianek, jak każde inne istnienie, teraz jestem jak ten Staff pogodzony ze światem, sam staff, tetmajer, i łono, łona kasprowicza w dies irae, i samo to ma inny smak, dużo bardziej wyrazisty, i to jak mijam wisłę dwa razy na dzień, jak wysiadam na tym samym przystanku, widzę te same twarze, czekam na to, by przeczytać te same książki, naukowska, gombrowicz, wszystko zlewa się w piękną, ujmującą mozaikę, która nie zostawia przez swoje piękno miejsca na brzydotę.

Brak komentarzy

ratunku, ja puchnę, ratunku, popłaczę i wypłaczę wielkie kilogramy żalu, wezbraną wodę w trzęsących się w komórkach ciała; ty się odchudzasz czy ty zawsze bylas taka sucha miesiączkowanie, muszę ważyć 55, koniecznie trzymać 55 dwa miesiące, koniecznie żeby jajniki ruszyły, koniecznie..

uciekamy

Brak komentarzy

dlaczego nikt nie pomyśli o jego pacjentach? dlaczego jego dzieci, dzieci które zostały osierocone. znam dwie osoby, którym samson pomógł, człowiek z jego wiedzą nie poradziłby sobie krzywdząc dzieci na tle seksualnym, taka modyfikacja psychiczna zjadłaby go, a jej wykrycie nie trwałoby tak długo, jak długo trwa ten proces. nie rozumiem, czytam wywiady, czytam kolejne artykóły, zastanawiam się intensywnie, dlaczego, skoro terapia przynosiła efekty, dlaczego zabijać w zarodku takie osiągnięcia? jak zawsze dwie strony medalu i rzesze ludzi przeciwnych i zgodnych i to prawo miażdzące wszelkie cele, ja to wszystko wiem, tylko żałuję, że tak wybitny człowiek marnuje się z powodu nadinterpretacji i zachłanności rodziców dzieci „pokrzywdzonych” przez „seksualne zboczenia” człowieka, który tym dzieciom pomagał dojść do siebie.

so….

Brak komentarzy

cały poprzedni tydzień rozwodzę się myślami wokół dwóch, do reszty absorbujących mnie tematów, topiki z rodzaju mojej płciowości, czyli moja owulacja i on. sobota przebiega zgodnie z prawem sobotnim, wszystko w najlepszym porządku; jezu, myślę, wspominam i przywołuję konkretne daty, chronologie zdarzeń, klawiatura mi się zacina, zacierają mi się najważniejsze sensy mojego zmąconego emocjonalnego spokoju. trzeba to uzwnętrznić. szybko, już;

teraz jestem odmieniona. mam nowy biustonosz, koronkowy, sztywny na moim nagim ciele niczym gorset, piłuje mnie w moje ramiona, piłuje mnie w okolicy pach, kształtuje mi biust. jeszcze wcześniej, to była sobota a ja wsiadłam w 521 sama nie będąc pewna tego, co robię. nie chciałam tam jechać; ostatnio nie doceniam w żaden należyty sposób ludzi, którzy pojawiają się podczas mojego dnia, spycham ich na niższe półki swojego chcenia i niechcenia, traktując ich niemal jak narkotyk, od którego rozsądek się broni – tutaj zamiast tego rozsądku jest poprostu brak chęci na podjęcie wysiłku percepcji. jadę w tym, chociaż tyle dobrego – ciepłym autobusie, udaje że czytam Granice Naukowskiej, ale tak naprawde przyglądam się ludziom wsiadającym i wysiadającym.
jestem już na miejscu, idę, jest mi zimno. próbuję rozpoznać okolicę, bowiem niedawno byłam w tym samym miejscu.. przypomina mi się blok, klatka, dzwonię. schodzi facet gospodyni, który w rzeczywistości jest gosporzdarzem pierwotnym, poznaję kogoś, kto jak ja czekał pod klatką, wchodzimy, tzn ja wchodzę bo to właśnie pamiętam. spotykam znajome twarze, zawsze wszędzie pełno znajomych twarz pozbawionych tego, czego chce każda z nich; charakterystycznego miejsca w życiu drugiego człowieka. pełno dla pełności, wszech dla wszelakich obrazów, witam się,
-co Ty tu robisz? – widzę, jestem zaskoczoa, a przeciez wiedziałam, że będzie. jestem podekscytowana, poznam tego ciekawego człowieka. tego ciekawego.
- jesteśmy w kuchni – a ja chcę się ogarnąć, spojrzeć na całość imprezy z dystansem, określić jej walor, tudziez się poprostu przywitać. wiedziałam, że do niego wrócę.
i wróciłam. wchodzę do kuchni, tam, gdzie mówił, że będą.
i zaczyna się wieczór, zaczyna się powoli, z całym majestatem nieznanego i podniecenia ciekawością, zaczyna się dla mnie etap wybudzania się moich emocji wobec drugiego człowieka. bo siedzimy razem w kuchni, robię sobie herbatę, żartujemy i wygłupiamy się, cay czas nie patrzę na niego, bo nie chcę na niego patrzeć, chcę by bez skrępowania mógł patrzeć na mnie, chcę by się upajał moją ciekawością, chcę wierzyć, że jest ciekaw, chcę wierzyć, że na mnie patrzy. chcę się tym cieszyć. cieszy mnie sama myśl. rozmawiamy o ciąży, o rysunku i o seksie, wygłupiam się nie patrząc na to, że wchodzę w kogoś innego. taka jestem, gdy niewiele się dla mnie liczy i w niewiele rzeczy wierzę. chciałam się oderwać od rzewczywistości, zawsze tego chciałam, teraz udało mi się to osiągnąć. byłam tam, ale nikt mnie nie widział naprawdę.
nasza znajoma się smieje, zeswata nas razem, cóż to skoro ja miałam do niego słabość już dużo wcześniej, długo przed tym nim poznałam jego imie. wspomnienia przeplatają się miedzy sobą; bo ja poznałam Cię już w autobusie. w tym vehikule ludzkich istnień, gdzie choć każdy jest boleśnie i zupełnie spokojnie w tej bolesności anonimowy, bez skargi, bez zażaleń najmniejszych, tam Cię dostrzegłam i byłeś obiektem moich rozważań przez te 15 minut wspólnej trasy. przyglądam się ludziom, nie zważając na to, że ingeruję w ich terytorium, w ich właśną przestrzeń wobec foteli czy stojących i nie ważących się spojrzeć na innego człowieka, uciekających bezpiecznie w wybawienne autobusowe okno. widzisz, Asiu, mnie nie trzeba swatać. słyszę różne kwestie, jestem ładniejsza i fajniejsza od brata, cóż to znaczy, idziemy po piwo do sklepu, nie chcesz iść z nami bo chcesz nas zostawić samemu, patrzę na Ciebie nie na niego, cały czas skupiona jestem na Tobie, nie na nim. dostanie dość jeszcze mojej aprobaty.
i idziemy, palimy papierosy, śmiejemy się ze stosunków seksualnych, ojej, nic z tego chyba nie będzie dzisiaj, uśmiecham się i zachowuję jakby to było coś zupełnie naturalnego, jak dobrze, że nie skusiłam się i nie pocałowałam jej wtedy na balkonie. nie ważne, kogo woli batrdziej artur; mnie czy Ciebie, nie ważne że tańczyłam z nim a Ty to widziałeś, pokazując mi, wychodzisz, z pokoju, ja to widzę, cień twojej sylwestki bo tyle mi dostrzec pozwala światło z kuchni nieopodal, i jak stoimy sami na balkonie, Ty bez niczego a ja w Twojej kurtce, i mówimy o książkach, o Twojej prozie jak mogłeś coś takiego napisać? nie znasz mojego sposobu na autodestrukcję, napewno nie. – w internecie jest wszystko – jak mówisz, jak mówisz i masz świętą rację. w czym jestem gorsza od tych, od nich, co mówią, jestem młoda, śmieję się bo przecież nie pierwszy raz i zawsze tak, że najmłodsza i te uwagi, i te pobłażliwości, a mówisz mi na to oni Ci zazdroszczą, nie zważając na to, że faktycznie młodsza jestem od Ciebie, i dziewicze mam ciało, choć dając Ci tą całą papkę z gry i wygłupów i z niejasnych sentencji i sprzecznych ze sobą wniosków o otaczającej Ciebie mojej osobie. bacznie się przyglądam i mogę tylko dywagować, nierozumiejąc dokońca dlaczego „poświęcasz mi swój czas i swoje wino” na mnie, skoro mogłabym wydać Ci się jutro kimś zupełnie nie na miejscu; kimś, koso setki razy spotyka się w ciągu trimestru imprez rozpoczynających rok akademicki, kto, choć ciekawy, po pierwszych 25 minutach wspólnej rozmowy wydaje się być przekalkowany, przerysowany do głodnego dna i nie pozostawia po sobie nic jak tylko poczucie marności i straconego czasu. niskie poczucie wartości to nie tak, ja poprostu mam jakiś sposób, muszę. wciskam sobie między myśli tą możliwość i nie mogę się w istocie nadziwić, jak to dobrze, mimo, iż nie syntetyzuję feromonów, mimo, że moje jajniki spią od miesięcy snem zimowym, mimo, iż „nic z tego nie będzie” jest ze mną, rozmawia i słucha, i chłonę każde jego słowo i spojrzenie jak gąbka.
wolę nie żyć niż deptać, bo deptanie nie jest warte życia, no cóż, to jestem osobą tragiczną skazaną na klęskę, nie wolno pozbawiać kogoś życia, śmieję się z nim, ciągle się uśmiecham, wszystko choć ważne jest zupełnie nie na poważnie, wszystko we mnie jest umotywowane tobą, umotywowane nim, bo to jego noc. w zasadzie nie mam nic do stracenia, w zasadzie jestem na tyle samoskontrolowana, że nie będzie nic, nic czego miałabym żałowac. ale tańczymy, tańczymy, obejmuje mnie, jak mały wątły chłopcvzyk podnosi mnie do góry a ja obejmuję mu szyję jak dorsastająca nastolatka, pełna radości chwili, radości wynikającej z prostoty radości poprzedniej. i wszystko kręci się wokół jego osi, moja fascynacja i czas, i słowa i myśli, i cała moja uwaga, tańcyzmy zdejmując podkoszulki chłopakom tańczymy kankana chłopcy, na cześć gospodyni, unosi się męski zapach, wystarczyło zdjąć kilka okryć na torsy.. myślę, że jest drobny, że jest gładki, jest jest delikatny i zupełnie „czysty”. mimo wszystko to, co słyszałam i widziałam, całość buduje jego osoba, którą w końcu miałam okazję zobaczyć i poznać i poczuć nawet to, jak dobrze mi jest w jego spontanicznym objęciu podczas jednej z nowodyskotekoworockowych z płyty mojego brata.

myślę, że znam innego człowieka tylko z książek. książki to moje jedyne porozumienie z drugim człowiekiem, moje jedyne otwarcie się na niego, i jego również. nie zdolna do samorzutnego wytworzenia takiej relacji podczas częstych spotkań w grupie, podczas odurzania się, inhalowania nikotyną i rozmowami, podczas gdy kreuję siebie dla samej siebie i dla tego drobnego ułamku świata nie starcza ani czasu ani już sił na to, by całokształt objąć jedną myślą czy chociażby próbować dokonać najprostrzych refleksji. pozwalać innym, i sobie również, na wspołne wnioski ze wspólnych życiorysów. tą szlachetną zdolnosć posiadają tylko Ci, którzy zainwestowali należycie dużo siebie, swojej cierpliwości i czasu, i ja także. nie wiem, to chyba tak powinno być. powinno być, różnie jest w istocie, a rzeczywisty stan jest taki, że wybieram przedewszystkim ucieczkę.

nie ma nic gorszego.

jakże nieznośnia jest samotność, nic nic nic nigdy gorszego, nic nigdy nigdy nigdy.

-
dostałam nagle wielkiego apetytu. rozmawiałam we wtorek z endokrynologiem, rozmawiałam o tym, że wszystko w porządku ale anoreksja odejmuje mi od czasu-do czasu niezbędne kilogrami, nie mam rezerwy na wahania wagi, i za każdym razem spadam poniżej poprzeczki, za każdy razem oddalam się o krok od niej, od mojej kobiety, od dojrzania Graafa. więc mam przytyć, jak najszybciej przytyć do 55, i trzymać wagę conajmniej dwa miesiace.

potem płaczę, denerwuję się, tata zaleca 56, a ja wpadam w złość, w panikę, nic nie rozumiesz, dlaczego? bo mam dosć niepowodzeń, mam dośc ciągłucj starań i niespełniających się samospełniających prognoz, gdy założenia nie wychodzą, nie zgadzają się z wynikami. i że to frustruje, że się potwornie boję, że ich alkohol, że nie ma rdzeni, że zachowuję się tak a nie innaczej, i on też się tłumaczy, że nie ma już sił, że musi pracować, że matka… kolejna rozmowa w samochodzie, gdzie mówię ojc o wszystkim bez jakichkolwiek zachamowań, bo przecież zostaje mi tylko mu mówić o wszystkim, o wszystkim i o niczym mniej niż to.
nigdy mnie nie słuchał, zawsze za to wiedział lepiej, udowadniał mi jego prawidłowości. tym razem, u kresu sił, u kredsu wytrzymałości na zastany stan rzewczywistu pyta mnie i sumennie słucha, w desperacji nawet nie podejmuje walki z rzucanymi mu i oczerniającymi go wnioskami, słucha i dalej się dopytuje. nigdy mnie nie słuchał, a teraz milczy i zadaje pytania.

-
nieważne. nieważne, bo po całej tej rozmowie z lekarzem dostałam apetytu. fizyczny głód dopadał mnie co chwila, zaraz po posiłku zapominałam,że cokolwiek jadłam by po dwuch godzinach pomyśleć, że mnie ssie. i jem, i jem i czuję się świetnie. nie mam wrażenia, że noszę w sobie cały wszechświat wielkich domowych dyskusji i żalu że świat jest niesprawiedliwy.

i dzisiaj w szkole, po trzech dniach klinicznego odblokowanego głodu, znalazłąm ślad na wewnętrznej stronie ciemnogranatowej bielizny. ślad, ślad, że coś we mnie ejszcze żyje.

biała naleciałość, biały, subtelny pław, przubliżyłam bezwstydnie do ust, ucałowałam, ukochałam, boże, matko boska, daj mi rodzic dzieci, daj mi owulacje, proszę, błagam, całuję i błagam ze łzami, bo nie myślę o niczym innym jak o tym, by mieć kiedyś z kimś dziecko, własne, wrażliwe na piękno tego świata dziecko, takie jak ja, żeby mu dać wszystko, wszystko co chciałabym mieć.

-
szukamy piwa dla nas w plecaku brata mojego, znajduję flakonik z wodą koloską, uwielbiam ten zapach pokazuję mu kazirodcze uczucia uśmiecha się do mnie, jego uśmiech w mojej pamięci będzie na zawsze mój i on mi go nie zabierze; ukochałam brata z desperacji, bo jest taki sam jak ja, bo nic mu nie trzeba tłumaczyć, bo płynie w nim moja krew, bo jest moim męskim obliczem, moim upragnionym odrealnieniem.
mocniej, przyciągam go do siebie, mocniej… śmiejemy się; też nie umiem tańczyć. a lie. in one tańczę najlepiej.
wychodzimy, bo godzina trzecia a ja wiem, wracamy podobnie więc zabiorę się z nim, wiem, że wypaliłam za dużo, wiem, zaciągnęłam się wtedy na balkonie, wychiliłam do tyłu, dopuściłam by nikotyna przżarła mnie na wskroś. to był błąd, czułam jak jest mi niedobrze, jak zbiera mi się na wymioty a przecież nie może być mowy nawet o kontrolnym rzyganiu bo w tej łazience nie zamykają się drzwi.
wychodzimy na zimne powietrze a mi jest gorąco, próbuję inhalować się tlenem, odtruć się od dymu papierosowego. zostawiamy ją w autobisie
-zostawiłeś ją – mówię, gdy pierwsze torsje zostawiły moje ciało w spokoju i coś już widze poza tym, żeby poradzić sobie z torsjami. jesteśmy na centralnym, wychodzimy, ona zostaje w autobusie i jedzie do siebie, my jedziemy do nas
-to ona nas zostawila. wsiadamy do 610, ostatnia nasza trasa. siadam, opieram kolana o podwyższone siedzenie, on robi to samo. nie wierzysz w horoskopy, nie – jest z pod znaku raka, śmieję się no tak, artur miał niedawno urodziny. śmieję się, bo nie wierzysz a ja nie wierzę, a wiem, gnostyka mocno odcisnęła mi się na świadomości. mówimy o deptaniu, patrzę na niego a on na mnie, cholera chce mi się spać, ciało nie słucha się mnie tak nie powinno być, uskarżam się, bo oczy same mi się zamyają, byłam zmęczona zanim w ogole spotkałam się tego dnia z Grzegorzem. pyta mnie ejszcze gdzie mamy wysiąść, za budkami bazarku, zamykam oczy, odpływam, myślę o tym że nie dam rady, że słabość wobec snu jest silniejsza choć już wytrzeźwiałam, i że zamknę oczy a on będzie patrzył i bój się boga co pomnyśli.
Jesteśmy już przy bazarku, słyszę jego głos. już?
wysiadamy. mamy prawo się obijać nie byłeś u nas jeszcze no tak, będzie miał w końcu okazję zobaczyć.
nakierowuję go na jego dom. nie zaproszę Cię na herbatę. nie pocałowałam go na do widzenia, nie pocałowałam w policzek.
pobiegłam na górę. zwróciłam zło. poszłam spać. rano wstałam inna niż zawsze. i tak do dzisiaj.


  • RSS